[Historia] Raczej historyjka.

O wszystkim i o niczym ...
Regulamin forum
Nie dyskutujemy na tematy polityczne, religijne i inne tego typu mogące prowadzić do kłótni na forum, od tego są inne "wyspecjalizowane fora".
Awatar użytkownika
Zegar
Newb
Newb
Posty: 97
Rejestracja: wtorek 02 lip 2019, 14:42

[Historia] Raczej historyjka.

Postautor: Zegar » poniedziałek 01 cze 2020, 01:21

Dzień dobry!
Dzisiaj już nie Dzień Dziecka, więc jest mniej magicznie...
Ale warto czytać dzieciom, więc nadal do tego zachęcam. W ogóle warto czytać.
Pozdrawiam.
Miłych dni!
Zegar.
https://www.youtube.com/watch?v=oX-qDh5opAM

P.S. Kiedyś to były bajki...
"If A = success, then the formula is A = X + Y + Z.
X is work. Y is play. Z is keep your mouth shut."
A. Einstein

Awatar użytkownika
gaweł
Expert
Expert
Posty: 911
Rejestracja: wtorek 24 sty 2017, 22:05
Lokalizacja: Białystok

Re: [Historia] Raczej historyjka.

Postautor: gaweł » wtorek 02 cze 2020, 20:55

Szkoda, że skasowałeś oryginalny tekst. A było tak magicznie i już przestało. No nic, ale dalej starać się warto.

Niemniej, wspomniałeś tam o „Powrót z gwiazd”. Zaiste to zacna lektura mistrza Stanisława. Znam, czytałem.
IMG_8348.JPG

To dzisiaj już starożytna klasyka gatunku. Mistrz Stanisław, niczym Sokrates i Platon rozprawiał o agresji i nietolerancji. Według mistrza Stanisława ludzkość dorobiła się technologii neutralizacji tegoż zjawiska. Ale od czasów Sokrates nastąpił niesamowity postęp techniczny spowodował, że wyeliminowano z życia wszystkie zagrożenia. Ludzkość korzysta z powszechnego dobrobytu, dostęp do większości dóbr i usług jest darmowy. Czas wypełnia się rozrywkami, pracują wyłącznie roboty i automaty. Zmieniły się obyczaje, nawet w sferze osobistej — małżeństwa są zawierane na okres próbny, posiadanie dzieci jest możliwe po zaliczeniu przez małżonków egzaminu państwowego. Panuje powszechny kult młodości i przedłużania życia poprzez operacje odmładzające. Za pomocą betryzacji — zabiegu chemicznego na mózgu wykonywanego w dzieciństwie, zarówno na ludziach, jak i na wybranych zwierzętach — wyeliminowano agresywne instynkty. Zlikwidowano wojny, stworzono cywilizację pozbawioną lęku. Pojawił się niezamierzony efekt uboczny betryzacji — ludzie stracili skłonność do ryzyka (nie uprawiają nawet sportów wyczynowych) i uważają loty w kosmos za niepotrzebne. Ja to nie chcę w takim środowisku egzystować, wolę wrócić do gwiazd.
I nagle pojawił się jeden inny, który nie był poddany chemicznej „kastracji”. A może to ten jeden "inny" przywróci śwatu normalność. Ciekawe reperkusje … wszyscy zaczęli się jego bać i unikać. Ale to nie w tym problem. Efekty betryzacji rozciągały się także na życie seksualne. Jakiekolwiek związki były możliwe tylko za obopólną zgodą partnerów. By wyeliminować wpływ popędu na relacje damsko-męskie, spożywano napój: "bryt", znoszący czasowo popęd seksualny. Zachowanie takie było ogólnie przyjętą normą społeczną.
Sądzę, że problem leży w innym miejscu. To nie zakaz prowadzi do pokoju i spokoju lecz brak nakazu.

Warto czytać swoim dzieciom.
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.

Prawdziwe słowa nie są przyjemne. Przyjemne słowa nie są prawdziwe.
Lao Tse

Awatar użytkownika
Zegar
Newb
Newb
Posty: 97
Rejestracja: wtorek 02 lip 2019, 14:42

Re: [Historia] Raczej historyjka.

Postautor: Zegar » wtorek 02 cze 2020, 21:11

Dobry wieczór!
Jednak ktoś to przeczytał. Dziękuję. :-)
Idę pobiegać. Po powrocie wkleję znowu - zapisałem. Chomikuję nie tylko złom.
Pozdrawiam.
"If A = success, then the formula is A = X + Y + Z.
X is work. Y is play. Z is keep your mouth shut."
A. Einstein

Awatar użytkownika
gaweł
Expert
Expert
Posty: 911
Rejestracja: wtorek 24 sty 2017, 22:05
Lokalizacja: Białystok

Re: [Historia] Raczej historyjka.

Postautor: gaweł » wtorek 02 cze 2020, 21:22

Przeczytał (do samego końca) i to z uwagą ;)

Prawdziwe słowa nie są przyjemne. Przyjemne słowa nie są prawdziwe.
Lao Tse

Awatar użytkownika
Zegar
Newb
Newb
Posty: 97
Rejestracja: wtorek 02 lip 2019, 14:42

Re: [Historia] Raczej historyjka.

Postautor: Zegar » wtorek 02 cze 2020, 22:27

Wklejam tak, jak było... Pomieszałem tam wiele wątków zaczerpniętych z wielu autorów... Taki miszmasz.
Ukryta zawartość
To forum wymaga zarejestrowania i zalogowania się, aby zobaczyć ukrytą zawartość.
"If A = success, then the formula is A = X + Y + Z.
X is work. Y is play. Z is keep your mouth shut."
A. Einstein

Awatar użytkownika
gaweł
Expert
Expert
Posty: 911
Rejestracja: wtorek 24 sty 2017, 22:05
Lokalizacja: Białystok

Re: [Historia] Raczej historyjka.

Postautor: gaweł » środa 03 cze 2020, 11:52

To prawda, sztuka magiczna rozwija się dynamicznie. Jedną z podstawowych umiejętności, jakie zgłębiają wiedźmy i czarownice to sztuka latania na miotle. Co roku przybywają na sabat na Łysej Górze ukrytej w leśnej gęstwinie. Do transportu właśnie używają tego przyrządu. Choć ostatnio nastąpił znaczący rozwój technologii i dzisiaj do sprzątania używane są odkurzacze (nawet samobieżne), to wiedźmy nadal posługują się pradawnym sprzętem. Niektórzy wielcy magowie osiągnęli ogromy postęp w rozwoju swoich możliwości i do latania nie muszą używać żadnych sprzętów. Takim był mister Twardowski, który odbywał podróże nawet na Księżyc. Jednak nie przewidział jednej kwestii: polecieć to nie sztuka gorzej jest wrócić. No i zabrakło mu pary, toteż miał kłopoty z powrotem. Oczywista, została zorganizowana misja ratunkowa, która miała dodatkowe ukryte cele. Jednak mistrz Twardowski to wykrył i wykręcił się sianem. Są tego dowody w postaci filmów.
https://www.youtube.com/watch?v=hRdYz8cnOW4
Niektórzy twierdzą, że inni również odbywali takie podróże z wykorzystaniem sprzętu marki Apollo. Są różne teorie spiskowe na ten temat, jakoby nigdy tam nie dolecieli. Zaiste nie są to teorie spiskowe lecz prawdziwe fakty. Owszem lot się odbył, ale polecieli na Marsa wciskając społeczeństwu nieprawdziwe informację. Jest to udokumentowane.
IMG_8354.JPG

By było bardziej niesamowicie, to nawet zostawili jednego w tym nieprzyjaznym środowisku. Jednak pewnych faktów nie da się ukryć i jak wyszło na jaw, że gdzieś tam w kosmosie jeden ze swoich walczy o przetrwanie, została zorganizowana misja ratunkowa. Nie obyło się bez kłopotów, ale istotne jest to, że się udało. Wszyscy cali i zdrowi wrócili do domu.
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.

Prawdziwe słowa nie są przyjemne. Przyjemne słowa nie są prawdziwe.
Lao Tse

Awatar użytkownika
Zegar
Newb
Newb
Posty: 97
Rejestracja: wtorek 02 lip 2019, 14:42

Re: [Historia] Raczej historyjka.

Postautor: Zegar » czwartek 04 cze 2020, 00:34

Kiedyś trafiłem na nowe opowiadania o "Wiedźminie". Całkiem niezłe, chociaż nie napisał ich Sapkowski.
http://www.andrzejsapkowski.pl/szponyikly.html
O konkursie nie wiedziałem... Wymyśliłem własny konkurs, który wygrałem jako jedyny uczestnik i jury w jednej osobie. Napisałem początek, ale ciągu dalszego pewnie nie będzie.
Misja_bardzo_specjalna.pdf

Przeczytałem to po dwóch latach... Słabe dialogi, akcji brak, ale jest fajny wyświetlacz. ;-)
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
"If A = success, then the formula is A = X + Y + Z.
X is work. Y is play. Z is keep your mouth shut."
A. Einstein

Awatar użytkownika
gaweł
Expert
Expert
Posty: 911
Rejestracja: wtorek 24 sty 2017, 22:05
Lokalizacja: Białystok

Re: [Historia] Raczej historyjka.

Postautor: gaweł » piątek 05 cze 2020, 04:08

https://www.youtube.com/watch?v=oG6pEolAKm8


IMG_8355.JPG


Najlepszy traktat filozoficzny mistrza Stanisława „Solaris” pasjonował również mnie w pewnych czasach. Jego zgłębianie to duża sztuka. Wymaga specyficznego spojrzenia na sprawy, takiego „z boku”.
Stacja badawcza unosząca się nad kosmicznym oceanem to swoisty konflikt interesów. Ludzie próbują zrozumieć zjawiska, które wymykają się ich rozumieniu a kosmiczny ocean wymyka się poznaniu. Solaris porusza problemy niemożności zrozumienia Wszechświata, bezsilności nauki wobec innej formy istnienia oraz bezradności człowieka, który nie może uwolnić się w kosmosie od balastu ziemskich wspomnień i wyrzutów sumienia. Ocean materializuje wspomnienia badaczy w postaci niezniszczalnych tworów, których obecność okazuje się być dla ludzi trudną do zniesienia udręką psychiczną.

Nieopublikowany fragment „Solaris”.

Kelvin ze zmęczenia zamknął oczy. Potwornie chciało mu się spać. Chwilę walczył ze zmęczeniem, ale zrozumiał, że przegra. Poddał się fizjologii. W głowie zaczął się wyświetlać mu film. Trudno było rozpoznać, czy to marzenie senne czy jawa. Przed oczami przesuwały się sceny jakby z podświadomości. Przypominał sobie jak poznał Harey, młodą piękną dziewczynę, która później została jego żoną. Teraz leżała obok niego, dokładnie taka jak przed laty. Wszystko było takie realne. Objął ją ramieniem a ona go pocałowała. Wrażenie było tak silne, że chyba się obudził, a może nie spał już jakiś czas. Rzeczywistość szybko dotarła do świadomości, że aż prawie spadł z łóżka.
– Do diabła – syknął z bólu podnosząc się z podłogi.
Nie wierzył własnym oczom, przecież Harey nie żyje od 10 lat, odeszła z tego świata. Uszczypnął się chcąc się przekonać, czy nie śpi. Zabolało. Walnął pięścią z podłogę aż rozległ się głuchy dźwięk. Zabolało. Nie śpi. Podniósł głowę i popatrzył na kobietę. To Harey. To nie może być prawdą. Przecież Harey nie żyje od wielu lat. Kim ona jest? Zdezorientowany chodził w kółko. To się nie dzieje naprawdę. Jeszcze raz spojrzał na Harey. Siedziała na łóżku z zdziwieniem na twarzy. Minęło kilka minut zanim się odezwał.
– Hey, nie śpię? – zapytał.
– Tak – Harey się uśmiechnęła.
– Skąd się tu wzięłaś?
– Nie rozumiem, jak to skąd. Zawsze tu byłam – odparła zdziwiona pytaniem.
Coś tu nie pasuje. To się wymyka racjonalności. Przyszła mu do głowy pewna koncepcja by rozstrzygnąć dylemat. Skoro nie było jej kilka lat, to nie może pamiętać wydarzeń, które zaistniały po jej śmierci.
– Gdzie jesteś? – intensywnie myślał nad sposobem zbadania rzeczywistości – jak myślisz, gdzie jesteś?
– W domu – spokojnie odpowiedziała po chwili namysłu.
– Gdzie jest dom?
– Tam gdzie mieszkamy.
– A gdzie mieszkamy?
– Początkowo mieszkaliśmy w niewielkich górach – Harey wygodniej ułożyła się na łóżku – potem zbudowaliśmy dom na wzgórzu na skraju lasu i tam się przenieśliśmy się. Wiedliśmy szczęśliwe życie, spodziewaliśmy się dziecka.
Wszystko się zgadzało. O pewnych szczegółach Harey nie mogła wiedzieć. Nie mogła wiedzieć. Ta myśl niczym mantra ciągle krążyła w głowie i nie pozwalała się skupić. Ta jego strategia do niczego nie doprowadzi.
– Jak się poznaliśmy ? – to był prawie desperacki rzut na taśmę.
– Przyjechałeś do mnie. Potrzebowałam pomocy a ty jesteś lekarzem. Przyjechałeś by mnie uzdrowić. Zabrałeś mnie do siebie. – Harey mówiła spokojnie i z uśmiechem, te słowa przypomniały jej odległe wydarzenia.
To na nic. Kelvin stał chwilę bezradny. Nie wiedział co robić. Harey to zauważyła.
– Tak się cieszę, że cię widzę – chciała wstać z łóżka i podejść do Kelvina, jednak on zrobił krok do tyłu.
Harey wycofała się i powili usiadła na łóżku. Dostrzegła zmieszanie na twarzy Kelvina.
– Kriss, co ci jest? – zapytała.
Zapadła chwila męczącej ciszy.
– Tak bardzo cię kocham – powiedziała cicho i spokojnie Harey.
Znowu zapadła cisza. Kelvin chodził po pokoju nie wiedząc co dalej robić.
– Nie kochasz mnie już? – zapytała Harey.
– Skąd to ci przyszło do głowy? Zawsze cię kochałem – odparł.
Znowu chwila ciszy. Sytuacja stawała się dla Kelvina trudną. Nie bardzo wiedział co zrobić. Do głowy cisnęło się wiele myśli. Niektóre były sprzeczne ze sobą. W głowie panował chaos.
– Dlaczego mówisz w czasie przeszłym? – zdziwienie i zaniepokojenie rysowało się na twarzy Harey.
– Zaraz przyjdę – powiedział Kelvin i skierował swoje kroki do wyjścia.
– Nie, nie zostawiaj mnie – prawie w panice krzyknęła Harey i zerwała się z łóżka.
Ruszył w jej stronę i prawie ją złapał. Harey biegnąc do niego potknęła się i prawie upadła. Jednak ją złapał.
– Dlaczego? – zapytał trzymając ją – dlaczego?
– Nie wiem – odparła zdyszana Harey – po prostu nie wiem.
– Już dobrze – uspakajał ją Kelvin – już dobrze.
Dla uspokojenia pogładził ją po czarnych kręconych włosach.
– Już dobrze – uspokajał.
Jej oddech powoli stawał się miarowy. To jakiś atak paniki?
– Już dobrze.
Rozluźnił uścisk, tak, że Harey mogła usiąść na łóżku. Chwilę postał i również usiadł obok. Sam musiał się uspokoić. Różne myśli kłębiły się w głowie. Przybył przecież na Solaris by uratować załogę stacji badawczej a to co się działo wymykało się spod kontroli. Próbował sobie przypomnieć szczegóły raportu jaki przesłał Gibarian, szef stacji badawczej. W raporcie była sugestia, że Solaris materializuje lęki załogi. Lęki, z którymi każdy musi się zmierzyć i je pokonać. Tylko skąd Solaris zna szczegóły. To tak jakby nieznana forma była obecna w życiu każdego. Jak to możliwe? To nie mieście się w głowie.
– Harey – spojrzał na kobietę obok, chciał coś dodać, ale nie bardzo wiedział co.
– To ja – przerwała mu – to ja.
Kelvin położył się na łóżku. Próbował dopasować informacje z raportu Gibariana do zaistniałej sytuacji. To nie może być prawda, to się nie dzieje. Ta myśl uparcie krążyła po głowie.
– Połóż się obok – zaproponował.
Harey zrobiła to o co poprosił. Leżała obok z głową na jego ramieniu. Spokój sprzyja przemyśleniom. A co jeżeli jest to prawda? Przecież doświadczamy czegoś nieznanego. Nieśmiała sugestia powoli zaczęła się przebijać w jego głowie. Załóżmy, że jednak jest to prawda. Kiedyś nie zadbał o Harey i ta odebrała sobie życie. To ona, Harey, była jego lękiem.
– Harey... – zaczął nieśmiało.
– Tak? – odparła.
– Harey, wybaczysz mi?
Te słowa sprawiły mu jakąś ulgę, wszystkie lęki i obawy odpłynęły. Tak pokonał swój lęk, pokonał śmieć.
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.

Prawdziwe słowa nie są przyjemne. Przyjemne słowa nie są prawdziwe.
Lao Tse

Awatar użytkownika
Zegar
Newb
Newb
Posty: 97
Rejestracja: wtorek 02 lip 2019, 14:42

Re: [Historia] Raczej historyjka.

Postautor: Zegar » piątek 05 cze 2020, 13:26

W moim nibyopowiadaniu bardziej chodziło mi o Pirxa. Ale na pewno "Solaris" też się przebija (wszystkowiedzący nadrzędny sterownik). No i "Powrót Z Gwiazd". Dawno tego nie czytałem - czas na powtórkę z lektury. ;-)
Test_Pirxa.jpg
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
"If A = success, then the formula is A = X + Y + Z.
X is work. Y is play. Z is keep your mouth shut."
A. Einstein

Awatar użytkownika
gaweł
Expert
Expert
Posty: 911
Rejestracja: wtorek 24 sty 2017, 22:05
Lokalizacja: Białystok

Re: [Historia] Raczej historyjka.

Postautor: gaweł » piątek 05 cze 2020, 16:00

Wiesz, intuicja mi podpowiadała, że to dotyczy pilota wszechczasów: Pirxa ;)
Mam prawie całą "dyskografię" mistrza Stanisława. Masz rację, warto wrócić do lektury. Między innymi czeka na przetrawienie "Filozofia przypadku" - dwutomowe dzieło, które kiedyś było niestrawne. No może teraz...
IMG_8347.JPG
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.

Prawdziwe słowa nie są przyjemne. Przyjemne słowa nie są prawdziwe.
Lao Tse

Awatar użytkownika
gaweł
Expert
Expert
Posty: 911
Rejestracja: wtorek 24 sty 2017, 22:05
Lokalizacja: Białystok

Re: [Historia] Raczej historyjka.

Postautor: gaweł » wtorek 09 cze 2020, 01:36

„Niezwyciężony” to znakomite połączenie literatury science fiction z elementami powieści sensacyjnej: czytelnik zostaje wciągnięty w sam środek widowiskowej kosmicznej batalii. Pozornie klasyczny opis wojny światów kryje jednak w sobie jednak dużo głębszą refleksję: istnieje inny świat, który rządzie się własnymi prawami, niekoniecznie przyjazny innym. Naturalne dążenie do poznawania innych rzeczywistości czasami trafia na nieprzyjazny grunt i prowadzi do agresji.
Kosmiczny krążownik drugiej klasy Niezwyciężony ląduje na pustynnej planecie Regis III. Celem przybycia statku kosmicznego jest odszukanie Kondora – bliźniaczej jednostki, która lądowała tu wcześniej i z którą utracono łączność. Zachowując najwyższe środki bezpieczeństwa załoga rozpoczyna poszukiwania. Jednocześnie naukowcy przystępują do badań planety, starając się określić źródła potencjalnego zagrożenia. W trakcie poszukiwań zaginionego statku odkryte zostają nieznane konstrukcje, wyglądające jak odpowiednik ziemskiego miasta. Podczas gdy grupa badaczy dokonuje zwiadu ruin (które po bliższym zbadaniu wydają się szczątkami jakichś urządzeń), trzysta kilometrów dalej odnaleziony zostaje Kondor. Okazuje się, że cała jego kilkudziesięcioosobowa załoga zginęła w tajemniczych okolicznościach, przed śmiercią tracąc pamięć. Badając planetę, Ziemianie znajdują roboty wielkości owadów, które łącząc się, tworzą zbiorowiska wielkości chmur. Roboty te wyniszczyły całe życie na lądach planety. Do walki „tubylcy” stosują bardzo silne pole magnetyczne, niszczące wszelką informację w mózgach ludzkich, a także elektronowych.
Ta powieść nie kończy się happy end'em, toteż naszła mnie ochota by zmienić jej zakończenie.

* * *
"Niezwyciężony", krążownik drugiej klasy, największa jednostka, jaką dysponowała baza w konstelacji Liry, szedł fotonowym ciągiem przez skrajny kwadrant gwiazdozbioru. Osiemdziesięciu trzech ludzi załogi spało w tunelowym hibernatorze centralnego pokładu. Ponieważ rejs był stosunkowo krótki, zamiast pełnej hibernacji zastosowano pogłębiony sen, w którym temperatura ciała nie opada poniżej dziesięciu stopni. W sterowni pracowały tylko automaty. W ich polu widzenia, na krzyżu celowniczym, leżała tarcza słońca, niewiele gorętszego od zwykłego czerwonego karła. Kiedy jej krąg zajął połowę szerokości ekranu, reakcja anihilacyjna została wstrzymana. Przez jakiś czas w całym statku panowała martwa cisza. Bezdźwięcznie działały klimatyzatory i maszyny cyfrowe. Ustała najdelikatniejsza wibracja, towarzysząca emisji świetlnego słupa, który przedtem wypadał z rufy i jak nieskończonej długości szpada, zanurzona w mroku, popychał odrzutem statek. "Niezwyciężony" szedł z tą samą szybkością przyświetlną, bezwładny, głuchy i pozornie pusty. Potem światełka zaczęły mrugać do siebie z pulpitów, oblanych różem dalekiego słońca, które stało w środkowym ekranie. Taśmy ferromagnetyczne ruszyły, programy wpełzały powoli do wnętrza coraz to nowych aparatur, przełączniki krzesały iskry i prąd wpływał w przewody z buczeniem, którego nikt nie słyszał. Motory elektryczne, przezwyciężając opór od dawna zastygłych smarów, ruszały i z basów wchodziły na wysoki jęk. Matowe sztaby kadmu wysuwały się z pomocniczych reaktorów, pompy magnetyczne tłoczyły płynny sód w wężownice chłodzenia, blachami rufowych pokładów poszło drżenie, a zarazem słaby chrobot we wnętrzu ścian, jak gdyby grasowały tam całe stada zwierzątek i stukały pazurkami o metal, zdradził, że ruchome sprawdziany samo naprawcze ruszyły już w wielokilometrową wędrówkę, aby kontrolować każde spojenie dźwigarów, szczelność kadłuba, całość metalowych złączy. Cały statek wypełniał się szmerami i ruchem. Statek budził się do życia.
* * *
Kataklizm, wywołany zniebazstąpieniem "Niezwyciężonego" minął, i wicher pustyni, gwałtowny prąd powietrza płynącego stale ze stref równikowych ku biegunowi planety, wtłaczał już pierwsze piaszczyste języki pod rufę statku, jakby usiłując cierpliwie zabliźnić ranę, utworzoną przez wylotowy ogień. Astrogator włączył sieć zewnętrznych mikrofonów i zjadliwe, dalekie wycie wraz z dźwiękiem piachu, szorującego po pancerzach, wypełniło na chwilę wysoką przestrzeń sterowni. Potem wyłączył mikrofony i zapadła cisza.
– Tak to wygląda – powiedział powoli.
– Ale "Kondor" nie wrócił stąd, Rohan.
Tamten zacisnął szczęki. Nie mógł spierać się z dowódcą. Przeleciał z nim wiele parseków, ale nie doszło między nimi do przyjaźni. Może różnica wieku była zbyt wielka. Albo przebyte wspólnie niebezpieczeństwa za małe. Bezwzględny był ten człowiek o włosach prawie tak białych jak jego odzienie. Stu bez mała ludzi trwało nieruchomo na stanowiskach po skończonej, wytężonej pracy, która poprzedziła zbliżenie, trzysta godzin hamowania nagromadzonej w każdym atomie "Niezwyciężonego" energii kinetycznej, wejście na orbitę, lądowanie. Stu prawie ludzi, którzy od miesięcy nie słyszeli odgłosu, jaki wydaje wiatr, i nauczyli się nienawidzić próżni, jak nienawidzi jej tylko ten, kto ją zna. Ale dowódca o tym na pewno nie myślał. Przeszedł powoli przez sterownię i opierając rękę na oparciu fotela, podniesionym już do nowego poziomu.
– Nie wiemy, co to jest, Rohan – mruknął, i nagle ostro – Na co pan jeszcze czeka?
* * *
Wrażenie to powiększało ukształtowanie otaczających ją piasków: zachodnie obwałowanie było znacznie wyższe od wschodniego, ze względu na kierunek stałych wiatrów. Kilka ciągników w pobliżu było zasypanych prawie zupełnie, nawet i znieruchomiały miotacz energii z uniesioną pokrywą zaniosło wydmami do połowy kadłuba. Ale sama rufa ukazywała wyloty dysz, bo znajdowała się wewnątrz nie zawianej wklęsłości. Dzięki temu wystarczyło odgarnąć cienką warstwę piasku, aby dotrzeć do rozsypanych wokół pochylni przedmiotów. Ludzie "Niezwyciężonego" zatrzymali się na brzegu obwałowania. Pojazdy, które ich przywiozły, otoczyły już wielkim kręgiem cały teren i wyrzucone z emitorów pęki siłowe połączyły się w osłaniające pole. Transportery i inforoboty s pozostawili kilkadziesiąt metrów od miejsca, w którym kolisko piachu opasywało podstawę "Kondora", i patrzyli ze szczytu na wydmy w dół.
Pochylnię statku dzieliła od gruntu pięciometrowa przestrzeń, jakby coś zatrzymało ją znienacka w ruchu, kiedy była opuszczana. Rusztowanie osobowego dźwigu stało jednak pewnie, a pusta klatka windy z otwartym wejściem zdawała się zapraszać do środka. Obok niej wystawało z piasku kilka tlenowych butelek. Aluminiowe ich ścianki lśniły, jakby porzucono je zaledwie kilka minut temu. Nieco dalej wystawał z wydmy błękitny fragment jakiegoś przedmiotu, który okazał się plastykowym pojemnikiem. Zresztą chaotycznie porozrzucanych przedmiotów było we wklęsłości u podnóża statku mnóstwo: bańki konserwowe, pełne i opróżnione, teodolity, aparaty fotograficzne, lunety, statywy i manierki - jedne całe, inne noszące ślady uszkodzeń.
– Zupełnie jakby je ktoś wyrzucał całymi stosami z rakiety! – pomyślał Rohan, zadzierając głowę tam, gdzie w postaci ciemnego otworu widniało wejście osobowe: jego klapa była nie domknięta. Mały zwiad lotny de Vriesa natknął się zupełnie przypadkowo na martwy statek. De Vries nie próbował dostać się do jego wnętrza, lecz od razu zawiadomił bazę. Dopiero grupa Rohana miała zbadać tajemnicę sobowtóra "Niezwyciężonego". Technicy biegli już, prosto od swych maszyn, niosąc skrzynki narzędziowe. Zauważywszy coś wypukłego, co pokrywała cienka warstwa piasku, Rohan odrzucił ją czubkiem buta, sądząc, że to jakiś mały globus, i wciąż jeszcze nie zdając sobie sprawy, co to jest, wydźwignął ową bladożółtawą kulę z ziemi. Prawie krzyknął: wszyscy zwrócili się ku niemu. Trzymał ludzką czaszkę. Potem znaleźli inne kości i więcej szczątków, a także jeden cały szkielet, odziany w kombinezon. Między odpadłą dolną szczęką a zębami górnej spoczywał jeszcze ustnik tlenowego aparatu, a wskaźnik ciśnienia zatrzymał się na czterdziestu sześciu atmosferach. Klęcząc, Jarg odkręcił zawór butli i gaz trysnął z przeciągłym sykiem. W doskonale suchym powietrzu pustyni nawet ślad rdzy nie tknął żadnej ze stalowych części reduktora i gwinty obracały się zupełnie lekko. Mechanizm dźwigu można było uruchomić z klatkowej platformy, ale widocznie sieć była bez prądu, bo naciskanie guzików okazało się daremne. Wspięcie się po czterdziestometrowej konstrukcji windy przedstawiało niemałą trudność i Rohan wahał się, czy nie wysłać raczej w górę kilku ludzi na latającym talerzu, ale tymczasem dwóch techników, związawszy się liną, polazło po zewnętrznym dźwigarze. Pozostali, milcząc, przyglądali się postępom ich wspinaczki.
* * *
W dziewiętnastym dniu od lądowania ściągnęły nad okolicę, w której pracowały ekipy górnicze, zwały chmur tak grubych i ciemnych, jakich dotąd na planecie nie widziano. Około południa rozpętała się burza, przewyższająca gwałtownością wyładowań elektrycznych burze ziemskie. Niebo i skały połączyła gmatwanina bezustannie walących piorunów. Wezbrane wody, rwąc krętymi wąwozami, zaczęły zatapiać wykute chodniki. Ludzie musieli opuścić je i wraz z automatami schronili się pod głównym pęcherzem pola siłowego, w który strzelały kilometrowe błyskawice. Burza przetaczała się powoli ku zachodowi i czarną, pokreśloną błyskawicami ścianą zajmowała cały horyzont nad oceanem. Wracając do "Niezwyciężonego" górnicze załogi odkryły po drodze sporą ilość leżących na piasku czarnych, drobniutkich kropelek metalowych. Wzięto je za osławione "muszki". Starannie zebrane, zostały przywiezione na statek, gdzie wzbudziły zainteresowanie uczonych, ale i mowy nie było o tym, aby stanowiły szczątki owadów. Odbyła się kolejna narada specjalistów, przechodząca kilkakrotnie w gorące spory. Wreszcie zdecydowano wysłać ekspedycję w kierunku północno wschodnim, poza teren krętych wąwozów i złóż związków żelaza, ponieważ na gąsienicach pojazdów "Kondora" wykryto drobne ilości interesujących minerałów, których nie znaleziono na poprzednio badanych obszarach. Doskonale wyekwipowana kolumna z energobotami, kroczącym miotaczem "Kondora", transporterami i robotami, wśród których było dwanaście arktanów, zaopatrzona w automatyczne koparki i wiertnice, załadowawszy dwudziestu dwóch ludzi, zapasy tlenu, żywności i paliwa jądrowego, wyruszyła następnego dnia w drogę pod dowództwem Regnara. Utrzymywano z nią stałą łączność radiową i telewizyjną do czasu, kiedy wypukłość planety odcięła bieg fal ultrakrótkich w linii prostej. "Niezwyciężony" wprowadził wtedy na orbitę stacjonarną automatyczny przekaźnik telewizyjny, który umożliwił podjęcie odbioru. Kolumna była w marszu przez cały dzień. Nocą otoczyła się, ustawiając się w obronnym szyku kołowym, strefą siłową, a następnego dnia kontynuowała marsz. Około południa Regnar zawiadomił Rohana, że zatrzymuje się u stóp ruin, prawie całkowicie zasypanych piaskiem, znajdujących się wewnątrz płytkiego, niewielkiego krateru, gdyż pragnie je zbadać bliżej. W godzinę potem jakość odbioru radiowego zaczęła się pogarszać wskutek silnych zakłóceń statycznych. Technicy łączności przeszli więc na pasmo krótszych fal, których odbiór był lepszy. Rychło potem, gdy grzmoty dalekiej burzy przesuwającej się na wschód, to znaczy tam, dokąd udała się ekspedycja, jęły cichnąć, odbiór nagle się urwał. Utratę łączności poprzedziło kilkanaście coraz silniejszych fadingów; najdziwniejsze było jednak jednoczesne pogorszenie się odbioru telewizyjnego, który przecież, jako przekazywany przez pozaatmosferycznego satelitę, nie był zależny od stanu jonosfery. O godzinie pierwszej łączność ustała całkowicie. Nikt z techników, ani nawet z fizyków, których wezwano na pomoc, nie rozumiał tego zjawiska. Wyglądało na to, jak gdyby ściana metalu osunęła się gdzieś w pustyni, oddzielając oddaloną o 170 kilometrów grupę od "Niezwyciężonego".
* * *
Ekran pociemniał, zgasł, przez chwilę jarzył się pustym światłem, potem stał się zielony, drgając od miliardowych roziskrzeń.
– Ta chmura jest z żelaza – powiedział, a raczej westchnął ktoś za plecami Rohana.
– Jazon! – krzyknął astrogator – czy jest tu Jazon?!
– Jestem – wysunął się nukleonik spośród stojących.
– Czy mogę to podgrzać...? – spytał spokojnie astrogator, wskazując ekran, i wszyscy zrozumieli go. Jazon ociągał się z odpowiedzią.
– Należałoby ostrzec TL 4, żeby maksymalnie rozszerzył pęcherz pola...
– Bez głupstw, Jazon. Nie mam łączności... Do czterech tysięcy stopni... z niewielkim ryzykiem...
- Dziękuję, Blaar, mikrofon! Pierwszy do TL 8, gotuj lasery na chmurę, małą mocą, do bilierga w epicentrum, ogień ciągły wzdłuż azymutu!
– TL 8, ogień ciągły do bilierga - odpowiedział natychmiast głos pilota. Przez jakąś sekundę nie działo się nic. Potem błysło i centralna, wypełniająca dolną część ekranu chmura zmieniła barwę. Najpierw zaczęła się jakby rozmazywać, potem sczerwieniała i zawrzała; powstał tam rodzaj leja o płonących ścianach, w które wpadały, jakby były wsysane, sąsiednie połacie chmury. Ten ruch ustał nagle, chmura rozwarła się ogromnym koliskiem, ukazując przez powstałe okno chaotyczne nagromadzenia skał, tylko w powietrzu unosił się jeszcze drobny, czarny pył, na kształt polatującego kopciu.
– Pierwszy do TL 8, zejdź na dystans maksymalnej skuteczności ognia!
Pilot powtórzył rozkaz. Chmura, okrążając niespokojnym obwałowaniem utworzony rozryw, usiłowała go wypełnić, lecz za każdym razem, kiedy wysuwające się wypustki obejmował rozbłysk żaru, wciągała je z powrotem. Trwało to kilka minut. Sytuacja nie mogła się przedłużać. Astrogator nie śmiał uderzyć w chmurę całą mocą miotacza, albowiem gdzieś w jej głębi znajdował się drugi pojazd. Rohan domyślał się, na co liczył Horpach: miał nadzieję, że tamta maszyna wydostanie się w obręb oczyszczonej przestrzeni. Ale wciąż nie było jej widać. TL 8 wisiał teraz prawie nieruchomo, rażąc oślepiającymi sztychami laserów skotłowane obrzeża czarnego kręgu. Niebo nad nim było jeszcze dość jasne, lecz skały pod maszyną zaciągał powoli przybór cienia. Słońce zachodziło. Raptem zgęszczający się w dolinie mrok załopotał w niesamowitym blasku. Czerwonawy i brudny, jak gardło wulkanu widzianego przez kłąb eksplozji, okrył drgającym całunem całe pole widzenia. Widać było teraz tylko zlewające się w jedno ciemności, w których głębi wrzał i parskał ogień. To substancja chmury, czymkolwiek była, atakowała pierwszą, pochłoniętą maszynę i spalała się straszliwym żarem w otaczającej ją siłowej osłonie. Rohan spojrzał na astrogatora, który stał jak martwy, z twarzą bez wyrazu, oblaną chwiejnym odblaskiem łuny. Czarne kotłowanie i pałający w jego głębi, tylko chwilami krzaczasto tężejący pożar zajmowały centrum ekranu. W oddali widać było wysoki szczyt skalny, oblany szkarłatem, cały w zimnej czerwieni tego ostatniego światła, w tej chwili niewymownie ziemskiego. Tym bardziej niewiarygodne było widowisko dziejące się wewnątrz chmur. Rohan czekał; twarz astrogatora nie wyrażała nic. Ale musiał powziąć decyzję: albo rozkazać górnej maszynie, aby poszła na pomoc tamtej, albo pozostawiając ją swemu losowi, nakazać zwiadowcy dalszy lot na północny wschód.
Nagle stało się coś niespodziewanego. Czy pilot dolnej zamkniętej w chmurze maszyny stracił głowę, czy też nastąpiła na jej pokładzie jakaś awaria, dość że czarną kipiel przestrzelił błysk, którego centrum jarzyło się oślepiająco, i długie smugi rozwianej wybuchem chmury buchnęły na wszystkie strony, a fala udarowa była tak potężna, że cały obraz zakołysał się zgodnie z susami, w jakie podmuch wprawił TL 8. Potem czerń wróciła, skupiła się, i oprócz niej nie było już nic.Astrogator pochylił się i powiedział coś do telegrafisty przy mikrofonach tak cicho, że Rohana nie doszły jego słowa; ale ów powtórzył je natychmiast, prawie krzycząc:
– Gotuj antyprony! Pełną mocą, na chmurę, ogień ciągły!
* * *
– Dobrze. Rohan, pan chciał, jeśli się nie mylę, wyjść spod siłowego parasola... Będzie pan miał okazję. Dostanie pan osiemnastu ludzi, podwójny komplet automatów, obwodowe lasery i antyprony... czy mamy coś jeszcze...? – (Nikt nie odpowiedział). – No tak, na razie niczego doskonalszego nad antymaterię nie wynaleziono... Wystartuje pan o 4.31, to jest o wschodzie słońca, i spróbuje znaleźć ten krater na PnW, o którym mówił Regnar w ostatnim doniesieniu. Tam wyląduje pan w otwartym polu siłowym. Po drodze proszę razić wszystko na maksymalny dystans. Żadnych oszczędności mocy rażenia. Jeśli pan straci łączność ze mną, proszę robić swoje dalej. Gdy znajdzie pan ten krater, proszę lądować, ale ostrożnie, żeby nie usiąść na ludziach... przypuszczam, że są gdzieś w tej okolicy...
Wskazał na mapie, która zajmowała całą ścianę, punkt.
– W tym czerwono zakreskowanym obszarze. Jest to tylko szkic, ale nic lepszego nie mam.
– Co mam robić po wylądowaniu, panie astrogatorze? Czy mam ich szukać?
– Pozostawiam to pana uznaniu. Proszę pamiętać tylko O jednym: żadnych celów nie wolno panu razić już w odległości 50 kilometrów od tego miejsca, bo na dole mogą być nasi ludzie.
– Żadnych celów naziemnych?
– W ogóle żadnych. Do tej granicy - jednym ruchem astrogator przedzielił obszar, ukazywany przez mapę, na dwie części - może pan używać własnych środków niszczących zaczepnie. Od tej linii wolno panu się bronić tylko polem siłowym. Jazon! Ile może wytrzymać pole superkoptera?
– Nawet milion atmosfer na centymetr kwadratowy.
– Co to znaczy "nawet"? Czy pan mi chce to sprzedać? Pytam, ile. Pięć milionów? Dwadzieścia?
Horpach mówił to wszystko z całkowitym spokojem; takiego usposobienia dowódcy właśnie najbardziej się obawiano na pokładzie. Jazon odchrząknął.
– Pole było wypróbowane na dwa i pół...
– To co innego. Słyszy pan, Rohan? Jeżeli chmura ściśnie pana do tej granicy, proszę uciekać. Najlepiej w górę. Zresztą wszystkiego nie przepowiem panu... - Spojrzał na zegarek.
– Za osiem godzin od chwili startu będę pana wywoływał na wszystkich pasmach. Jeśli to nie da rezultatu, spróbujemy nawiązać łączność albo satelitami trojańskimi, albo optycznie. Będziemy laserować morsem. Nie słyszałem jeszcze, by i to nie dało rezultatu. Ale próbujmy przewidzieć więcej od tego, cośmy słyszeli. Jeśli i lasery nie wypalą, po dalszych trzech godzinach wystartuje pan i wróci. Jeśli mnie nie będzie...
– Pan ma zamiar wystartować?
– Niech mi pan nie przerywa, Rohan. Nie. Nie mam zamiaru startować, ale nie wszystko zależy od nas. Jeżeli mnie tu nie będzie, proszę wejść na okołoplanetarną orbitę. Robił pan to już superkopterem?
– Tak jest, dwa razy, na delcie Liry.
– Dobrze. Wie pan zatem, że to trochę skomplikowane, ale zupełnie możliwe. Orbita musi być stacjonarna; jej dokładne dane poda panu przed startem Stroem. Na tej orbicie będzie pan mnie czekał przez trzydzieści sześć godzin. Jeżeli nie dam o sobie znać w tym czasie, powróci pan na planetę. Poleci pan do "Kondora" i spróbuje go uruchomić. Wiem, jak to wygląda. Niemniej jednak nic innego nie będzie pan miał na widoku. Jeśli dokona pan tej sztuki, proszę wrócić do bazy "Kondorem" i przedstawić sprawozdanie z wypadków. Czy ma pan jeszcze jakieś pytania?
– Tak. Czy mogę próbować nawiązania kontaktu z tymi – tym ośrodkiem, który kieruje chmurą, w wypadku jeśliby mi się udało go odkryć?
– I to pozostawiam do pańskiego uznania. W każdym razie ryzyko musi pozostać w rozsądnych granicach. Nie wiem naturalnie nic, ale wygląda mi na to, że ten ośrodek dyspozycyjny nie znajduje się na powierzchni planety. Poza tym jego istnienie wydaje mi się w ogóle problematyczne...
– Jak pan to rozumie?
– Mamy przecież stały nasłuch radiowy na całym widmie elektromagnetycznym. Gdyby ktokolwiek sterował tą chmurą za pomocą promieni, zarejestrowalibyśmy odpowiednie sygnały. Ten ośrodek mógł znajdować się w samej chmurze...
– Możliwe. Nie wiem. Jazon, czy możliwe jest, by istniały jakieś sposoby zdalnej łączności, niezależne od elektromagnetycznych?
* * *
Jak każda historia prawdziwa opowiadanie Rohana było dziwaczne i nieskładne. Dlaczego chmura nie zaatakowała jego ani Jarga? Dlaczego nie tknęła także Ternera, dopóki nie opuścił amfibii? Dlaczego Jarg najpierw uciekał, a potem wrócił? Odpowiedzieć na ostatnie pytanie było stosunkowo łatwo. Wrócił, jak przypuszczano, kiedy ochłonął z paniki i uzmysłowił sobie, że od bazy dzieli go około pięćdziesięciu kilometrów, których nie mógłby przebyć pieszo z posiadanym zapasem tlenu.
Pozostawały zagadką pytania poprzednie. Odpowiedź na nie mogła mieć dla wszystkich ludzi wagę życia lub śmierci. Ale rozważania i hipotezy musiały ustąpić działaniu. Horpach dowiedział się o losie grupy Rohana po północy; w pół godziny potem wystartował.
Przerzucenie krążownika kosmicznego z jednego miejsca na drugie, oddalone zaledwie o dwieście kilometrów, jest zadaniem niewdzięcznym. Statek trzeba prowadzić cały czas zawieszony pionowo na ogniu, ze stosunkowo małą szybkością, co powoduje znaczne zużycie paliwa. Pędnie, nie przystosowane do takiej pracy, wymagały nieustającej interwencji elektrycznych automatów, a i tak stalowy kolos posuwał się w nocy z lekkim chybotaniem, jakby go unosiła powierzchnia łagodnie falującego morza. Byłby to zapewne niezwykły widok dla obserwatora stojącego na powierzchni Regis III - ów słabo widoczny w odblasku wyrzucanych płomieni kształt, sunący przez mroki niczym ognista kolumna.
* * *
Następnego dnia rankiem astrogator wezwał specjalistów, przedstawił im położenie i oznajmił, że liczy na ich pomoc. Znajdowali się w posiadaniu garstki "metalowych insektów", które przyniósł w kieszeni swej kurtki Rohan. Całą prawie dobę poświęcono ich badaniu. Horpach chciał wiedzieć, czy istnieje szansa radykalnego unieszkodliwienia owych tworów. Powróciło też pytanie, co ocaliło Jarga i Ro-hana przed atakiem "chmury"."Jeńcy" zajmowali podczas narady poczesne miejsce, w zamkniętym naczyniu szklanym pośrodku stołu. Było ich zaledwie kilkanaście sztuk, bo reszta uległa zniszczeniu w trakcie badań. Twory te, o dokładnej troistej symetrii, przypominające kształtem literę Y, o trzech ostrokończastych ramionach łączących się w centralnym zgrubieniu, w padającym świetle czarne jak węgiel, w odbitym zaś opalizujące sino i oliwkowo, podobnie jak odwłoki niektórych ziemskich owadów o ściankach utworzonych z bardzo drobnych płaszczyzn, niby rozetkowy szlif brylantu, mieściły w swoim wnętrzu mikroskopijną, a zawsze taką samą konstrukcję. Elementy jej, kilkaset razy drobniejsze od ziarenek piasku, stanowiły rodzaj autonomicznego systemu nerwowego, w którym dało się wyróżnić częściowo od siebie niezależne układy. Część mniejsza, zajmująca wnętrze ramion liter Y, przedstawiała system zawiadujący ruchami "owada", który w mikrokrystalicznej strukturze ramion posiadał coś w rodzaju uniwersalnego akumulatora i zarazem transformatora energii. Zależnie od tego, w jaki sposób mikrokryształki były ściskane, wytwarzały już to pole elektryczne, już to magnetyczne, już to naprzemienne pola siłowe, które mogły nagrzewać do stosunkowo wysokiej temperatury część centralną; wtedy nagromadzone ciepło promieniowało jednokierunkowo na zewnątrz. Wywołany tym ruch powietrza, coś na kształt odrzutu, umożliwiał unoszenie się w dowolnym kierunku. Pojedynczy kryształek nie tyle latał, co polatywał, i nie był, przynajmniej podczas eksperymentów laboratoryjnych, zdolny do precyzyjnego kierowania swoim lotem. Natomiast łącząc się przez zetkniecie końców ramion z innymi, tworzył agregaty o tym większych umiejętnościach aerodynamicznych, im większa była ich liczebność. Każdy kryształek łączył się z trzema innymi; ponadto mógł też połączyć się końcem ramienia z centralną częścią innego, co umożliwiało wielowarstwową budowę tak rosnących zespołów. Połączenie nie musiało wynikać dzięki zetknięciu się, bo wystarczyło zbliżenie końców, aby wytworzone pole magnetyczne utrzymywało cały twór w równowadze. Przy określonej ilości "insektów" agregat zaczynał od "drażnienia" bodźcami zewnętrznymi zmieniać kierunek ruchu, formę, kształt, częstość pulsujących wewnątrz impulsów. Przy pewnej ich zmianie znaki pola odwracały się, i zamiast przyciągać się, metalowe kryształki, rozłączywszy się, przechodziły w stan "rozsypki indywidualnej".
Oprócz systemu zawiadującego takimi ruchami każdy czarny kryształek mieścił w sobie jeszcze drugi układ połączeń, a raczej jego fragment, bo tamten zdawał się stanowić część jakiejś większej całości. Ta nadrzędna całość, powstająca prawdopodobnie dopiero przy zespoleniu ogromnej ilości elementów, była właściwym motorem napędowym działań chmury. Tu jednak kończyły się wiadomości uczonych. Nie orientowali się w możliwościach wzrostu systemów nadrzędnych, a już szczególnie ciemny pozostał problem ich "inteligencji". Kronotos przypuszczał, że tym więcej stworów łączy się w jedną całość, im trudniejszy do rozwiązania napotykają problem. Brzmiało to dość przekonywająco, ale ani cybernetycy, ani informacjoniści nie znali żadnego odpowiednika takiej konstrukcji, to jest "dowolnie rozrastającego się mózgu", który rozmiary swoje przymierza do wielkości zamiarów.
* * *
– Nie mogłem ci tego powiedzieć... - podjął astrogator. – Ani nawet szukać ochotnika. Nie mam prawa. Ale już sam wiesz teraz, że nie możemy tak odlecieć. Tylko jeden samotny człowiek może tam wejść... i wyjść. Bez hełmu, maszyn, bez broni.
Rohan zaledwie go słyszał.
– Przedstawię ci teraz mój plan. Zastanowisz się nad nim. Będziesz go mógł odrzucić, bo wszystko to wciąż jeszcze pozostaje między nami dwoma. Wyobrażam sobie to tak: Aparat tlenowy z silikonu. Żadnych metali. Poślę tam dwa łaziki, bezludne. Ściągną na siebie chmurę, która je zniszczy. W tym samym czasie pojedzie trzeci łazik. Z człowiekiem. To jest właściwie największe ryzyko: bo trzeba podjechać możliwie blisko, aby nie tracić czasu na marsz przez pustynię. Zapas tlenu wystarczy na osiemnaście godzin. Mam tu fotogramy całego wąwozu i okolicy. Uważam, że nie należy iść drogą dotychczasowych wypraw, ale dojechać możliwie blisko do północnej krawędzi płaskowyżu i stamtąd zejść pieszo po skałach na dół. Do górnej części wąwozu. Jeśli w ogóle gdzieś są, to tylko tam. Tam mogli ocaleć. Teren jest ciężki, dużo jaskiń i rozpadlin. Gdybyś znalazł wszystkich, albo tylko któregoś z nich...
– Właśnie. Jak ich zabrać? - spytał Rohan, czując ukłucie przekornej satysfakcji.
W tym miejscu plan rozchwiewał się. Jak lekko poświęcał go Horpach...
– Będziesz miał odpowiedni środek, lekko oszałamiający. Jest coś takiego. Oczywiście potrzebny będzie tylko wtedy, jeśli odnaleziony nie zechce iść dobrowolnie. Na szczęście oni mogą w tym stanie chodzić. Na szczęście... - pomyślał Rohan.
Zaciskał pięści pod stołem, uważając, aby Horpach tego nie dostrzegł. Nie bał się wcale. Jeszcze nie. Wszystko razem było nazbyt nierzeczywiste...
– W wypadku, gdyby chmura... zainteresowała się tobą, musisz się nieruchomo położyć na ziemi. Myślałem o jakimś preparacie na taki wypadek, ale działałby ze zbytnim opóźnieniem. Pozostaje tylko ta osłona głowy, ten symulator prądowy, o którym mówił Sax...
– Czy coś takiego już jest...? – spytał Rohan.
Horpach zrozumiał ukryty sens tego pytania. Ale zachował spokój.
– Nie. Ale można to zrobić w ciągu godziny. Siateczka, ukryta we włosach. Aparacik, generujący rytmy prądowe, będzie wszyty w kołnierz kombinezonu. Teraz... dam ci godzinę czasu. Dałbym ci więcej, ale z każdą następną godziną szansę uratowania ich maleją. I tak są już znikome. Kiedy poweźmiesz decyzję?
– Już ją powziąłem.
– Głupiś. Czy nie słyszysz, co do ciebie mówię? Tamto było tylko, abyś pojął, że nie wolno nam jeszcze startować...
– Przecież pan wie, że ja i tak pójdę...
– Nie pójdziesz, jeżeli ci nie pozwolę. Nie zapominaj, że wciąż jeszcze ja jestem tu dowódcą. Jest przed nami problem, wobec którego nie liczą się niczyje ambicje.
– Rozumiem – powiedział Rohan – pan nie chce, abym się czuł zmuszony..? Dobrze. Wobec tego... ale to, co mówimy, wciąż jest jeszcze objęte tym słowem?
– Tak.
– Wobec tego chcę wiedzieć, co pan zrobiłby na moim miejscu. Zmienimy się... odwrotnie aniżeli przed chwilą...
Horpach milczał chwilę.
- A gdybym ci powiedział, że nie poszedłbym?
– To i ja nie pójdę. Ale wiem, że pan powie prawdę...
– To nie pójdziesz? Słowo? Nie, nie... Wiem, że to niepotrzebne...
Astrogator wstał. Wstał wtedy i Rohan.
– Pan mi nie odpowiedział.
Astrogator patrzał na niego. Był wyższy, cały większy i szerszy w ramionach. Jego oczy przybrały ten sam znużony wygląd co na początku rozmowy.
– Możesz iść -- powiedział.
* * *
Tknięty nową myślą, pospiesznie ruszył teraz śladem krwi, szukając jego początku. Prowadził niemal prostą linią w dół doliny, jakby zmierzając do atomowego pobojowiska. Ale już kilkaset kroków dalej skręcił nagle w bok. Geolog stracił ogromną ilość krwi i tym bardziej było zdumiewające, że mógł mimo to zajść tak daleko. Głazy, których od katastrofy nie tknęła ani kropla deszczu, były obficie zbroczone. Rohan wspiął się po chwiejnie leżących wielkich bryłach i znalazł się w obszernym, nieckowatym zaklęśnięciu pod nagim żebrem skalnym. Pierwszą rzeczą, jaką zobaczył, była nadnaturalnej wielkości podeszwa metalowej stopy robota. Spoczywał bokiem, prawie przepołowiony serią, wystrzeloną najwidoczniej z weyra. Nieco dalej, oparty o głaz, wpółsiedział, złożony niemal we dwoje, człowiek w hełmie, którego wypukłość czarna była od kopciu. Był martwy. Miotacz zwisał jeszcze z jego rozluźnionej dłoni, dotykając błyszczącą lufą gruntu. Rohan nie śmiał zrazu dotknąć siedzącego, a tylko usiłował, przyklęknąwszy, zajrzeć w jego twarz, ale była tak samo zniekształcona rozkładem jak u Bennigsena. Wtem rozpoznał szeroką i płaską torbę geologiczną, przewieszoną przez zmalałe jakby barki siedzącego. Był nim sam Regnar, dowódca ekspedycji zaatakowanej w kraterze. Pomiary radioaktywności wskazywały, że arktan został strzaskany wyładowaniem weyra: indykator rejestrował charakterystyczną obecność izotopów ziem rzadkich. Rohan chciał znowu wziąć znak rozpoznawczy geologa, ale tym razem już się na to nie zdobył. Odpiął tylko torbę, bo nie musiał dotykać wtedy jego ciała. Ale była wypełniona samymi odłamkami minerałów. Po krótkim namyśle odłamał więc jedynie nożem monogram geologa, przytwierdzony do skóry, schował go i raz jeszcze patrząc z wysokości głazu na nieruchomą scenę, usiłował pojąć, co się tu właściwie stało. Wyglądało na to, że Regnar strzelał do robota, ale czy ów zaatakował jego albo Bennigsena? Czy zresztą człowiek porażony amnezją mógłby się bronić przed jakimkolwiek atakiem? Widział, że nie rozstrzygnie zagadki, a miał jeszcze w perspektywie dalsze poszukiwania.
* * *
Rohan stał zamyślony na płaskim fragmencie pustyni. Z jednej strony rozciągała się dolina, z której wyszedł. Była pokryta krętymi korytarzami wąwozów. Przechodziła ona w żelazistą pustynię, która w dalszej perspektywie zmieniała się w niewielkie pagórki. Tam jeszcze nie było organizowanych żadnych ekspedycji poszukiwawczych. Jakaś niewytłumaczalna idea podpowiadała mu, że powinien tan się wybrać. Tylko w jakim celu. Żadna wyprawa z „Niezwyciężonego” nie zapuszczała się w tamte rejony. Stojąc i rozważając ewentualne powody, czy powinien tam się wybrać przyglądał się wzniesieniom. Na tle zachodzącego słońca wyglądały jak człowiek, który usiadł i oparł się o duży kamień by odpocząć. Popatrzył na swój zegarek. Według harmonogramu miał kilka godzin czasu, więc może warto by było wybrać się na wycieczkę krajoznawczą. Już się zdarzało, że pod wpływem chwili robił wypady w okolicę. W przypadku tej planety to miał już pewność, że nigdy tu nie wróci. To bardzo toksyczne środowisko. Toksyczne dla niego, bo dla „tutejszych” wcale tak nie musi być. Nie należy przykładać własnych przekonań i zasad do oceniania innych światów. „Metalowe insekty” czy jakkolwiek inaczej ich nazwać tworzą własną społeczność. Trochę to brzmi sprzecznie z zasadami jakimi się sam posługiwał. Czy metalowe latające robociki można nazwać życiem? Może należy zmodyfikować encyklopedyczną definicję tego pojęcia i rozszerzyć jego znaczenie. W końcu te insekty tworzą społeczność, reagują za zdarzenia i niejako podejmują jakieś swoje decyzje. Czy to oznacza, że przejawiają oznaki inteligencji? Czy życie opiera się jedynie na białku?
W końcu się zdecydował i spokojnym krokiem ruszył w wybranym kierunku. Swoisty spacer zajął mu prawie godzinę. Przez ten czas nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego, to znaczy nie zauważył by „gromadziły się złowrogie czarne chmury”. Stał u podnóża pagórków, gdy kątem oka dostrzegł jakiś błysk światła. Odruchowo spojrzał w tamtą stronę. Światło zniknęło. Zaintrygowany skierował kroki w tamtą stronę. Od całkiem sporego głazu dzieliło go kilka metrów. Gdy był już całkiem blisko, jakaś postać przemknęła w stronę większej góry. No wreszcie znalazł się ktoś ocalały z załogi. Nie wszystkich własnych ludzi dało się odszukać. W jakimś stopniu był zadowolony, że wycieczka nie okazała się daremna. Zrobił kilka kroków i wszedł w strefę cienia. Do tej pory patrzył niejako pod słońce. Teraz widział wyraźniej i … stanął jak zamurowany. To nie był nikt z naszych, nikt nie nosił kombinezonów w jasnofioletowym kolorze.
Ten ktoś stał na lekko ugiętych nogach mając za plecami skałę. W rękach trzymał jakiś drąg czy rurę jako narzędzie obrony i nerwowo rozglądał się wokół. To odblask z wypolerowanej powierzchni był tym refleksem światła. Ten koś może sprawdzał szanse na wygraną, gdyby doszło do potyczki. Dla Rohana gest był jednoznaczny. Chwilę stał przyglądając się temu drugiemu i zastanawiał się co może zrobić. On był niejako w pełnym rynsztunku, miał na sobie srebrzysto-biały kombinezon i hełm. Ten drugi miał jedynie jasnofioletowy kombinezon i był bez hełmu. No tak, po wylądowaniu „Niezyciężonego” zbadali skład chemiczny atmosfery. Była dosyć zbliżona do ziemskiej. Główna różnica dotyczyła tlenu. Tu było 16% tlenu. Na upartego można by tym oddychać, jednak dowódca na początku określił stan zagrożenia na wysoki, toteż cała ekipa używała mieszanek do oddychania z butli. Podniósł ręce, by pokazać, że nie ma żadnej broni.
– Jestem Rohan, zastępca dowódcy statku „Niezwyciężony, który przybył tu z misją ratunkową dla „Kondora” – przedstawił się wymawiając każde słowo wyraźnie i powoli, bez pośpiechu. Jednocześnie obserwował reakcję nieznajomego.
Nastała chwila ciszy z nieprzyjemnym napięciem emocjonalnym.
– Nie wierzę ci – w końcu odezwał się nieznajomy.
No to już nieźle, jest jakiś postęp. Widocznie musi podać więcej informacji by uwiarygodnić wszystko.
– „Kondor” i „Niezwyciężony” to dwa bliźniacze statki. Misja „Kondora” dotyczyła badań i eksploracji planety. Ponieważ straciliśmy łączność z „Kondorem” została podjęta akcja, której celem jest wyjaśnienie zaistniałych zdarzeń.
– Jak nazywał się dowódca „Kondora” – zapytał nieznajomy. Barwa tonu głosu była inna, jakby kobieca.
– Roger Douglas. – odparł, nie pamiętał całej listy załogi, ale to akurat było mu znane.
Nieznajomy opuścił swoje narzędzie obrony. Znów chwilę trwała niezręczna cisza. Rohan przyglądał się nieznajomemu.
– Jestem Nikola – odparł nieznajomy.
Rohan w pamięci przebiegł listę załogi „Kondora”. Trudno by pamiętał dokładnie wszystkich, w końcu to kilkaset osób. Nikola, znaczy kobieta, tych było nie aż tak wiele.
– Starszy specjalista od systemów komunikacji na „Kondor” – przypomniał sobie.
– Zgada się – odpowiedziała Nikola.
Trudno opisać to co się działo dalej. Nikola to aktualnie była mieszanka łez, radości, niedowierzania, szczęścia i smutku. Normalnie cała gama emocji. Rohan pozwolił „wyszumieć” się Nikoli. Gdy emocje już trochę opadły, zdał relację z dotychczasowych efektów. Niestety Nikola jest pierwszą ocalałą z załogi „Kondora”.
– Jedno mnie interesuje, jak przetrwałaś? – zapytał w końcu Rohan.
– W sumie to niespotykany zbieg okoliczności, tak jakby ktoś czuwał nade mną. Wystąpiły kłopoty z łącznością z jedną z ekip, która pojechała robić badania geologiczne. Postanowiłam wybrać się i samej sprawdzić wszystko na miejscu. W połowie drogi padło moje osobiste radio. Pomyślałam sobie, że warto sprawdzić co się stało. Autopilot łazika wiedział dokąd zmierzam, więc rozebrałam się. Wiesz, wszystko jest niejako wszyte w kombinezon a w łaziku byłam sama. Łazik szczelnie zamknięty, atmosfera właściwa, więc nie ma przeciwwskazań. Chwilę później rozpętało się piekło. Przyrządy wariowały, łazik sam jechał gdzie chciał. Najechał na jakiś kamień i się wywrócił. Nabiłam sobie trochę siniaków. Drzwi się otworzyły i wypadłam. Tu jest taki żelazisty piasek i wypadając trochę się zagrzebałam w tym piasku. Łazik stoczył się w dół, to nawet niedaleko stąd. No i pojawiła się ta chmura, te wstrętne żelazne robaki bezdomne.
– Dlaczego bezdomne? – zainteresował się Rohan, przy okazji chciał ocieplić atmosferę. Nikola nadal utrzymywała pewien dystans.
– Nie zauważyłam, by budowali domy jak normalne cywilizowane istoty. Zachowują się jak roboty. No ale... – przez Nikolę przeszedł taki dreszcz obrzydzenia wywołany wspomnieniem – leżałam na ziemi w tym cholernym piasku, gdy te robale mnie dotykały. Ale potwornie się bałam. Chciałam wymyślić coś, jak tu się bronić przed tym czymś, a tu nic. Tak jakby w głowie ktoś mi zgasił światło. Pustka. Tak się bałam, że przestałam myśleć, taki stan bezmuzgiego trwania: co będzie dalej. No i te robale tak pomacały mnie i odleciały. Wiedzieliśmy, że powietrzem atmosferycznym można oddychać. Wstałam, otrzepałam się z tego piasku i tak prawie goła, bo miałam na sobie jedynie majtki i sportowy stanik. Było trochę zimno, wyciągnęłam z łazika swój kombinezon. Hełm miał potłuczoną szybkę. I tak jedynie w kombinezonie pieszo ruszyłam do statku. Nie była to jakaś kosmiczna odległość. Zajęło mi to kilka godzin. Jak wróciłam na statku nie było nikogo żywego. „Kondor” wyglądał jak zepsuty wrak. Nic w nim nie działało. Zmarłych zagrzebałam w tym cholernym piasku. Przez jakiś czas czekałam na kogokolwiek. Straciłam rachubę. W końcu do mnie zaczęła dochodzić smutna rzeczywistość. Zostałam sama w tym zasranym świecie i mogłam liczyć jedynie na siebie.
– No ale jak przetrwałaś tak długo?
– Na statku były duże zapasy żywności. W końcu kilkaset osób musi coś jeść. Zorganizowałam prowizoryczny transport, taki wózek napędzany siłą moich mięśni. Mam silne ręce. Urządziłam kilka domów.
– Nie rozumiem, jakich domów?
– Tak je nazwałam, bo trudno to porównać do domu. W jaskiniach stworzyłam elementarne warunki bytowe, zapasy wody i prowiantu. Nazywam je domami, mam ich kilka. W każdym mieszkam najwyżej kilka dni i przenoszę się, by te robale mnie nie namierzyły.
– A próbowały?
– Tak, próbowały. Jednak przemyślałam sobie pierwsze spotkanie z robalami to wyciągnęłam jakieś wnioski. Po prostu uczę się na własnych błędach. Wpadłam na koncepcję, że te robale skanują pole elektromagnetyczne a jak człowiek myśli to również takie wytwarza. W młodości uprawiałam trochę yogę i nauczyłam się wyciszać umysł. Każda wiedza okazuje się przydatna. Spróbowałam, zadziałało. Przestałam się bać tych robali ale nadaj wzbudzają we mnie obrzydzenie. Po pierwszym spotkaniu był przez jakiś czas spokój. Zajęłam się czymś, co można nazwać krawiectwo. Z rzeczy znalezionych na statku uszyłam sobie kilka ubrań, które nie mają żadnej elektroniki i żadnych elementów metalowych. Nauczyłam się być niewidzialna dla robali. Potem zaczęłam kombinować nad jakąś aparaturą, by wezwać pomoc, ale bez prądu nic nie działa. I tak płynęły dni z huśtawką nastojów. Raz chcę się zabić i skrócić cierpienia, bo nie ma nadziei. Innym razem mam taką chęć by jednak się nie dać. Niedawno widziałam ogromny błysk, więc przeniosłam się do nowego „mieszkania” by być bliżej. Przyszło mi do głowy, że może to akcja ratunkowa, która poniosła identyczną porażkę jak my.
– No nie powiem, byśmy byli bez strat. Jednak widzę, że doszliśmy do podobnych wniosków jak stać się niewidzialnym dla chmury. No to zapraszam do prawdziwego domu. Ja również nie mam radia i nie mogę powiadomić reszty o niezwykłym odkryciu. Chyba łatwiej w totka wygrać niż przeżyć w tych warunkach. To co, wracamy?
– Nie teraz, nie teraz. – Nikola się zamyśliła i popatrzyła w niebo. – Te robale przez jakiś czas będą przeszukiwać okolicę. Możemy poruszać się tylko nocą. Wtedy one nie latają. Odnosząc się do tego słońca – Nikola wskazała na zachodzące coś, co pełni funkcję słońca – to najbezpieczniej jest około godziny 5 rano.
– Gdzie stoi „Niezwyciężony”? – zapytała Nikola.
– Tam – Rohan wskazał ręką kierunek.
– Super, w nocy ruszymy. Na trasie mam tam dom, przeczekamy dzień. One są w jaskiniach, więc w jakimś stopniu są zaekranowane. Posilimy się, zabiorę swoje notatki i ruszymy.
– Jakie notatki?
– A zapisywałam swoje przemyślenia dotyczące robali.
Nikola weszła do niewielkiej jaskini. Jej wlot był tak zorientowany, że światło zachodzącego słońca oświetlało jej wnętrze. Nikola zaczęła grzebać w stercie rupieci obok prowizorycznego posłania. Wyglądał jak materac wyrwany ze statku. W sumie nie ma się czemu dziwić, Nikola nie miała zbyt dużych możliwości.
– Pomóc ci w czymś? – zapytał Rohan.
– Nie sama muszę to zrobić. Te zapisane informacje mogą okazać się bezcenne. Nikt przecież nie ma większej wiedzy na temat robali niż ja.
Rzeczywiście, to może okazać się ważną wiedzą dla przyszłych ekspedycji, jeżeli takie kiedykolwiek zaistnieją. Prawdę mówiąc, to Rohan nie miał ochoty już nigdy tu wracać. Nikola zapewne również. Jej i jego prawdziwy dom był daleko. Okolice Słońca są wystarczająco daleko od gwiazd tworzących konstelację Liry.
– Wiesz, wystarczy poprosić a ja niczym kawaleria pospieszę ci z pomocą – drobnym żarcikiem Rohan chciał zakończyć romowę.
– Wiem – Nikola wyszła z jaskini mając w rękach coś, co przypominało torbę, z której wystawało trochę zapisanych plastykowych kartek – w końcu przemierzyłeś kawał świata by tu dotrzeć.
– To prawda.

Prawdziwe słowa nie są przyjemne. Przyjemne słowa nie są prawdziwe.
Lao Tse

Awatar użytkownika
gaweł
Expert
Expert
Posty: 911
Rejestracja: wtorek 24 sty 2017, 22:05
Lokalizacja: Białystok

Re: [Historia] Raczej historyjka.

Postautor: gaweł » czwartek 11 cze 2020, 16:49

IMG_8419.JPG


Główny bohater to, ciągle zakatarzony, były już astronauta, który zostaje wplątany w akcję wyjaśnienia, wyjątkowo zagadkowych, śmierci różnych ludzi. Jest on wystawiony niejako na przynętę, jego stan zdrowia monitorują bezustannie specjalne służby i naukowcy. Wszystko w celu zadowalającego wyjaśnienia szeroko zakrojonej zagadki. A zagadka ma nieoczekiwane, niezwykłe wyjaśnienie.

Tyle wiedziałem. Pochylony nad stołem, patrząc na krzywe litery zapisów na kartce, wyczułem kolejną przemianę. Odbłyski na powierzchni stołu zawachlowały skrzydłami ważek, wzbiły się, stół załopotał mi w twarz szarymi skrzydłami nietoperzy. Nie mogłem ani ujść natłokowi przekształceń ani nadążyć za nimi. Szybkość przeistoczeń stała się zawrotna, poczwarne, majestatyczne wiały przeze mnie jak wiatr także przy zaciśniętych powiekach – oczy stały się zbędne. Pamiętam nieokreślony, bezustanny wysiłek, z którym wyrzucałem z siebie ten obcy żywioł – to było daremne, ale broniłem się. Proces szedł falami, jak perystaltyka, ale każda faza zdając się ostatecznością zyskiwała w następnej na sile. Zwidy opuściły mnie i to było najgorsze, bo otoczenie odzyskiwało swój normalny wygląd, ale na innej jawie. Jak to wyrazić? Sprzęty i ściany stały zeskalone, zapiekłe. Czas zatrzymał się i dlatego tylko otoczenie, które szło na mnie zewsząd lawiną przystanęło w rozciągniętym błysku. Cały pokój był jak bezdech między dwoma rykami. Rzuciłem się wtedy na pokój, tak, na pokój – pozrywałem sznury od firanek i zasłon, ściągnąłem z łóżka pościel. Cisnąłem cały zabójczy kłąb do wanny, zamknąłem w łazience a klucz złamałem w zamku. Kiedy oparłem się zdyszany o framugę na pobojowisku, pojąłem, że to nie pomoże. Nie mogłem usunąć okien ani murów. Wyrzuciłem na podłogę rzeczy z walizki, dokopałem się do płaskich obrączek z łączącym je metalowym łańcuszkiem – Randy wręczył mi je z uśmiechem w Neapolu bym mógł zakuć seryjnego mordercę jeśli będę go miał. Miałem go, byłem nim sam. Przykułem się do kaloryfera by nie wyskoczyć oknem. Czekałem na TO jak na start rakiety. Wystartowałem ale ani w górę ani w dół lecz w głąb – w różnokolorowej mgle wśród roztańczonych ścian, na uwięzi. Pamiętam, że nim straciłem przytomność, czułem w czaszce eksplozje. Musiałem tłuc głową o rury. Pamiętam mały błysk ostatniej nadziei, że teraz mi się uda. Słyszałem bicie dzwonów. Czerń stała się różowa. Otwarłem oczy i zobaczyłem wielką, obcą nieludzko spokojną twarz pochyloną nade mną. Była to twarz doktora Bartha. Poznałem go i chciałem mu to powiedzieć, ale już w całkiem banalny sposób zemdlałem.
Znaleziono mnie o czwartej rano przykutego do grzejnika. Ludzie z sąsiedniego pokoju zaalarmowali służbę, a ponieważ wyglądało to na atak szału, dostałem zastrzyk uspakajający nim przewieźli mnie do szpitala. Obudziłem się na dobre dopiero po trzydziestu godzinach. Miałem nadwyrężone żebra, pogryziony język, w kilku miejscach zszytą głowę, spuchnięty jak bania nadgarstek ręki, co tkwiła w kajdankach.
– Witam pana, jak samopoczucie – do szpitalnej sali wszedł komisarz Randy – lekarz zawiadomił nas, że odzyskał pan świadomość.
– Bywało lepiej – odparłem.
– Chyba rozwiązaliśmy zagadkę i mamy seryjnego mordercę. Chce pan poznać jego nazwisko? – zapytał komisarz.
– Jestem ciekaw, któż to taki.
– Nazywa się przypadek, zbieg okoliczności.
– Nie rozumiem?
– Wyjaśnię – powiedział komisarz i rozsiadł się wygodniej na krześle, gdyż zapowiadała się długa pogawędka – pewien kanadyjski biolog zauważył, że ludzie, którzy nie łysieją mają w swojej tkance skórnej pewien związek, który występuje u małp wąskonosych. Substancja ta okazała się skuteczna w zwalczaniu łysienia. W Europie maść hormonalną zaczęła produkować przed laty szwajcarska firma na amerykańskiej licencji. Szwajcarzy trochę zmienili budowę tego preparatu tak, że stał się bardziej skuteczny ale i bardziej wrażliwy na ciepło, od którego ulegał szybko rozkładowi. Podczas nasłonecznienia skóry hormon zmienia budowę chemiczną i może pod wpływem ritaliny przekształcić się w preparat doktora Dunanta, depresor psychiczny, który może wywołać zatrucie gdy jest podawany w dużych dawkach. Ritalina znajduje się we krwi osób, które ją zażywają. Katalizatorem potęgującym działanie depresora są związki cyjanków z siarką. To stanowi klucz do zagadki. Ślady cyjanku znajdują się w gorzkich migdałach, nadają im charakterystyczną gorzką goryczkę. W kilku neapolitańskich wytwórniach palonych migdałów panowała plaga karakanów. Do dezynsekcji cukiernicy używali preparatu zawierającego siarkę. Jej ślady dostawały się do emulsji, w której moczono migdały przez włożeniem do pieca. Nie dawało to żadnych efektów dopóki temperatura piekarnika była niska. Dopiero po przekroczeniu temperatury karmelizacji cukru, cyjanki migdałów łączyły się z siarką. W roztworze reagujących ciał muszą znajdować się wolne jony siarkowe. Jony takie w postaci siarczanów i siarczynów pochodziły z leczniczych kąpieli. Tak więc ginął ten, kto stosował maść hormonalną, zażywał retalinę brał kąpiele siarkowe i gustował w migdałach palonych po neapolitańsku w cukrze. Rodniki katalizowały reakcję w ilościach tak znikomych, że może je wykryć jedynie chromatografia. Kto nie mógł jako cukrzyk jeść słodyczy albo ich nie lubił uchodził cało. Nieszczęsny Proque wszedł w potrzask inną drogą. Nie łysiał więc nie potrzebował hormonu, nie chodził na plażę, nie brał kąpieli siarkowych lecz jony siarki wsączyły mu w krew wdychane w ciemni pary siarczanowych wywoływaczy, retalinę zażywał przeciw senności a związek hormonalny dał mu doktor Duant, gdy stłukł okulary. Na komodzie została znaleziona paczka z cukierkami migdałowymi, więc nie wykluczone, że się nimi poczęstował. Migdały znalezione z notatkami na stole otworzyły chemikom oczy, To było brakujące ogniwo.
– Może to nieistotne – przypomniałem, sobie – ale jest pewien szczegół. Już w Stanach powiedział mi znajomy, że kwiat siarczany, który mały Piotruś wsypał mi do łóżka nie mógł odegrać żadnej roli w zatruciu, ponieważ jako siarka w stanie stałym obrócona sublimacją w pył, nie jest rozpuszczalna. Ślady siarkowych jonów we krwi pochodziły z siarkowanego wina. Jak to we Francji, piłem je do każdego posiłku.
– A spożył pan migdały?
– Nie wiem. Miałem te cukierki ze sobą, ale nie pamiętam. Niszcząc wszystko co wpadło mi w ręce, rzucając do wanny wszystko, co wydawało mi się zabójczo groźne, działałem w sposób szalony, choć w tym szaleństwie była iskra samozachowawczej metody. Chciałem dołączyć je do notatek. Wdrażano mnie do zajść w warunkach maksymalnego stresu, żądając realizacji niezależnej od mych domniemań czy jakiś fakt jest istotny czy nie. Mógł to być błysk intuicji.
– Podsumowując, jaki nieprawdopodobny ciąg zdarzeń prowadzi do określonego skutku. Przecież wystarczyło, że nie zaistniałoby jedno ze zdarzeń występujących w tym całym łańcuszku, by finał przebiegł całkowicie odmiennie. Taki efekt motyla.
– Z pewnością, właśnie niedawno odczułem to na własnej skórze. Nie chciałbym tego przechodzić ponownie. Jednakże coś w tym jest. Ciekawe, czy gdyby mały Piotruś nie dostarczył mi do łóżka siarki, to czy zaistniałoby inne zdarzenie, którego celem by było uzupełnienie jej braku, inny wariant zdarzenia, gdy nie zaistniało jakieś określone.
– To niemożliwe, – skwitował policjant – wtedy należałoby uznać przypadek za jednego z podejrzanych. To się nie zdarza.
– Może i tak, – odparłem bez przekonania – jednak jak to się mówi, są rzeczy, które nie śniły się filozofom.
– Nie możliwe, – upierał się policjant – to przeczy doświadczeniu i przeprowadzonym badaniom.
– Może i tak, nie wiem.
– Mam jeszcze prośbę, czy może pan opisać swoje odczucia w krytycznej chwili?
– Oczywiście. To jest przedziwna mieszanka wszystkiego i właściwie jest to trudno opisać. Zachodzą wrażenia, które nigdy wcześniej nie wystąpiły. To trzeba przeżyć samemu, trudno to precyzyjnie określić. To tak jakby brakowało odpowiednich słów na ich opisanie. Mogę się mylić co do kolejności, więc je tylko wymienię. Pamiętam dziwne efekty związane ze wzrokiem. Cały obraz jakby drżał. Jak normalnie się skupia wzrok na czymś, to obraz jest taki nieruchomy, stabilny. Tu wszystko drży. Do tego dochodzą efekty słuchowe. Najpierw w uszach słychać szum, który się powoli potęguje. Później przechodzi w wysoki pisk. To momentami staje się nieprzyjemne. Później występują odczucia związane ze zmysłem dotyku. To jest dziwne wrażenie. Proszę sobie wyobrazić, że ma pan czapkę. Odczuwa się jej obecność, ściska włosy na głowie. Po prostu się ją czuje, tylko że tej czapki nie ma. Na koniec odczuwa się takie wewnętrzne drżenie. Tak jakby wszystko wewnątrz drżało. To uczucie rozlewa się po całym organizmie, wędruje z jednego miejsca w drugie by w końcu objąć cały organizm. Pod koniec szczególnie daje się odczuć w rękach, tak jakbym trzymał działający młot pneumatyczny, tylko częstotliwość jest dużo większa. W ustach daje się odczuwać taki metaliczny posmak. Nie wiem jak to dokładniej odwzorować, to trzeba doświadczyć, bo trudno to opisać słowami.
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.

Prawdziwe słowa nie są przyjemne. Przyjemne słowa nie są prawdziwe.
Lao Tse

Awatar użytkownika
gaweł
Expert
Expert
Posty: 911
Rejestracja: wtorek 24 sty 2017, 22:05
Lokalizacja: Białystok

Re: [Historia] Raczej historyjka.

Postautor: gaweł » sobota 13 cze 2020, 19:44

Bajki robotów - wersje alternatywne

https://www.youtube.com/watch?v=xbhCPt6PZIU

IMG_8429.JPG


Dwa potwory

Dawno temu, wśród czarnego bezdroża, na biegunie galaktycznym, w samotnej wyspie gwiezdnej, był układ potrójny: dwa słońca, które opiekowały się planetą ze skał,cętkowanych niczym jaspis, a na planecie rosło w potęgę państwo Srebrzystych. Wśród gór strzelistych, na równinach rozległych, stały miasta, lecz najwspanialsza była stolica Srebrzystych Eterna. Pełno tam było budowli wspaniałych. Najpiękniejszy zaś był jednak pałac monarchów zbudowany według projektów doskonałych. Budowniczowie nie chcieli stawiać granic ani wzrokowi, ani myśli i była to budowla urojona, matematyczna, bez stropów, dachów czy ścian. Panował w niej król Srebrzystych a jego władza rozciągała się na całą planetę.
Za króla Treopsa z rodu Energów na planetę napadli zetole z nieba przybyłe. Nastał czas wojen i walk. Niektóre miasta w perzynę zamienili. Szczególnie Bizmallia ucierpiała. Setki lat kosmiczni bandyci niszczyli planetę i już prawie triumf chcieli ogłosić, gdy w państwie Srebrzystych młody król Iloraks nastał. Niemal wszechwiedny, wezwawszy najmędrszych astrotechników i za ich radą wysłał w cały świat posłańców by o pomoc prosili. Wtedy przybyli mistrzowie w fachu obronnym biegli. Sami Srebrzyści nie daliby rady wroga pokonać, toteż zawarli tajny układ z mieszkańcami światów odległych, których nazwali Domem Siedmiu Muz. Przeto przybyło ich wielu by wesprzeć Srebrzystych w ich zmaganiach. Byli to mędrcy z odległych zakątków kosmosu i przybyli by radą i pomocą służyć. To oni otoczyli planetę systemem wirów magnetycznych i fos grawitacyjnych, w których czas się zatrzymywał i tak trwali w bezruchu dziesiątki tysięcy lat albo i więcej.Dzielnie wspierali siedmiomuzanie Srebrzystych ale nie obyło się bez problemów. Byli tacy, co w walce tak się zaangażowali niczym rycerze na białych koniach i z braku uważności wpadli do wira magnetycznego lub co gorsza do fosy grawitacyjnej. W wirze magnetycznym taki delikwent nie mógł się wydostać, bo co podejdzie do brzegu, nuż pole wciąga go z powrotem. Te niewidzialne przepaście czasu i zasieki magnetycznie broniły dostępu do planety tak dobrze, że mogli mieszkańcy przejść do ataku i bronić swoich współbraci do ostatniego tchu. Wygnali takoż wrogów swoich na krańce kosmosu by więcej już im nie zagrażali.
Potem przez wieki całe spokój, ład i dobrobyt panowały wśród Srebrzystych. Nie urywała się ciągłość rodu panującego, a każdy Energ, kiedy na tron wstępował, w dniu koronacji schodził do podziemi pałacu urojonego i tam z rąk martwych swego poprzednika wyjmował berło srebrzyste. Nie było to zwykłe berło a magiczne, które miało napis wyryty: „Potwór wieczny jest, ale go nie ma. Jak przyjdzie to go pokonaj.”
Nie wiedział nikt ani w całym państwie, ani na dworze Energów, co znaczył ów napis, bo pamięć o jego powstaniu zatarła się już przed wiekami. Dopiero podczas panowania króla Inhistona to się odmieniło. Pojawił się wtedy na planecie nieznany, olbrzymi stwór, którego przeraźliwa sława wnet dotarła na obie półkule. Nikt go z bliska nie widział, bo śmiałek taki już nie wracał do swoich; nie wiadomo było, skąd się ów stwór wziął. Starcy utrzymywali, że wylągł się z olbrzymich wraków, które pozostały po zdruzgotanej Bizmalii, nie odbudowano bowiem tego miasta. Powiadali starcy, że złe siły drzemią w bardzo starych złomach magnetycznych i są takie ukryte prądy w metalach, które się od dotknięcia burzy czasem budzą i wtedy ze zgrzytliwego pełzania blach, z martwego ruchu cmentarnych szczątków powstaje stwór niepojęty, ni żywy, ni martwy, który jedno tylko umie siać zniszczenie bez granic. Inni znów utrzymywali, że siłę, która potwora stwarza, dają złe uczynki i myśli; odbijają się one, jak w lustrze wklęsłym, skupione w jednym miejscu, póty po omacku ku sobie szkielety metalowe szczątki wloką, aż te się w monstrum zrosną. Byli i tacy, co twierdzili, że to zetole, co ongiś na Srebrzystych napadli o swych zapędach nie zapomnieli. To ich potwór pustoszył planetę i wprowadzał nowy porządek na wzór jaki panował w Zetolji. Uczeni jednak drwili z takich opowieści i nazywali je bajaniem. Jakkolwiek było potwór zbliżał się do stolicy. Gdy się ośmielił, widziano potem nawet z wież samej Eterny jego przemykający wzdłuż horyzontu grzbiet, podobny do górskiego, jak odbijał światło słoneczne swoją stalą. Szły przeciw niemu wyprawy, ale on jednym tchnieniem obracał zbrojnych w parę.
Strach padł na wszystkich, a władca Inhiston wezwał wielowiedów, którzy rozmyślali noc i dzień, głowy swe bezpośrednio połączywszy dla jaśniejszego rozeznania rzeczy, aż orzekli, że tylko przemyślnością można unicestwić potwora. Inhiston zarządził więc, aby Wielki Cybernator Koronny, Wielki Arcydynamik i Wielki Abstraktor pospołu nakreślili plany elektroluda, który wyruszy na potwora.
Ale oni nie mogli się pogodzić, każdy bowiem miał inny koncept; dlatego zbudowali trzech. Pierwszy, Miedziany, był jak góra wydrążona, brzemienna rozumną maszynerią. Przez trzy dni lano żywe srebro do jego pojemników pamięciowych; on zaś leżał w lasach rusztowań, a prąd huczał w nim jak sto wodospadów. Drugi, Rtęciogłów, był olbrzymem dynamicznym; tylko straszliwą szybkością ruchów ciążył ku jednej postaci, tak zmiennych kształtów jak chmura, chwycona trąbą powietrzną. Trzeciego, którego Abstraktor nocami tworzył podług tajonych planów, nie widział nikt.
Kiedy Cybernator Koronny ukończył swoje dzieło i opadły rusztowania, olbrzym Miedziany przeciągnął się, aż w całym mieście zadźwięczały kryształowe stropy; powoli dźwignął się na kolana i ziemia się zatrzęsła, a kiedy wstał, wyprostowany na całą wysokość, sięgał głową chmur. Z okien, z wież, przez szkła, z blanków obronnych patrzano nań, jak zmierzał ku zorzom wieczornym, coraz czarniejszy na ich tle. Przyszła niespokojna noc oczekiwania, spodziewano się odgłosów walki, czerwonych łun, ale nic się nie stało. Dopiero o samym świcie wiatr przyniósł gromowy pogłos jakby bardzo odległej burzy. I znów nastała cisza, już rozsłoneczniona. Raptem jakby setka słońc zapaliła się na niebie i na Eternę runął stos bolidów ognistych. To powrócił Miedziany, gdyż potwór strzaskał go, rozciął, a szczątki wyrzucił ponad atmosferę; teraz wracały, roztopione w upadku. Straszliwa była to klęska. Jeszcze przez dwa dni i dwie noce padał z nieba miedziany deszcz.
Poszedł wtedy na potwora Rtęciogłów zawrotny, jak gdyby niezniszczalny, bo im więcej otrzymał razów, tym trwalszy się stawał. Ciosy nie rozpraszały go, przeciwnie – konsolidowały. Chybocząc nad pustynią, dotarł do gór, wypatrzył wśród nich potwora i stoczył się nań ze zbocza skalnego. Tamten czekał go nieruchomy. W grzmotach zakołysały się niebo i ziemia. Potwór stał się białą ścianą ogniową. Przeszył go potwór na wylot, zawrócił uskrzydlony płomieniami, powtórnie uderzył i znów przeszedł przez napastnika, nie zrobiwszy mu szkody. Fioletowe pioruny trzaskały z chmury, w której walczyli, ale grzmotów nie było słychać – takimi łoskotami zagłuszała je walka olbrzymów. Widział potwór, że niczego tym sposobem nie dokona, wessał więc cały żar zewnętrzny w siebie, rozpłaszczył się i uczynił z siebie Zwierciadło Materii: cokolwiek stało naprzeciw zwierciadła, odbijało się w nim, ale nie obrazem, lecz rzeczywistością. Rtęciogłów ujrzał samego siebie, powtórzonego w tym lustrze, uderzył, zwarł się z samym sobą, zwierciadlanym, lecz nie mógł przecież samego siebie pokonać. Walczył tak przez trzy dni, aż taką wziął moc razów, że stał się twardszy od kamienia, od metalu, od wszystkiego, co tylko nie jest jądrem Białego Karła – i gdy doszedł owego kresu, on i jego zwierciadlane powtórzenie zapadli się w głąb planety, pozostawiając tylko wyrwę pośród skał, krater, który natychmiast jęła wypełniać świecąca rubinowo lawa z głębin podziemnych.
Trzeciego elektrycerza, zwanego Antymatem, nie widziano, kiedy ruszał do walki. Wielki Abstraktor, Fizykus Koronny, wyniósł go rankiem za miasto na dłoni, otworzył ją i dmuchnął, a ów uleciał, otoczony tylko niepokojem kłębiącego się powietrza, bez dźwięku, nie rzucając cienia w słońcu, jakby nie było go wcale, jak gdyby nie istniał.
W samej rzeczy było go mniej niż nic: nie ze świata bowiem pochodził, nie materią był, lecz światłem. Biegł tak niesiony wiatrem, aż spotkał lśniące cielsko potwora, który kroczył jak długi łańcuch gór żelaznych, z pianą obłoków, co mu ściekała wzdłuż grzbietu. Antymat ze światła tworzył antymaterię i ciskań ją we wroga. Ta, jak spotkała się z materią w światło się obracała i zasilała Antymata w moc przeokrutną. Uderzył Antymat w jego hartowany bok i otwarł w nim słońce, które sczerniało natychmiast i obróciło się w nicość, wyjącą od skał, chmur, płynnej stali i powietrza; przestrzelił go i wrócił, potwór zwinął się drgając, lunął białym żarem, ale ten spopielał zaraz i stał się tylko pustką; osłonił się potwór Zwierciadłem Materii, lecz i Zwierciadło przebił elektrycerz Antymat, zerwał się wtedy potwór, nadtoczył górę łba, z której najtwardsze biło promieniowanie, ale i ono zmiękło i niczym się stało. Kolos zadygotał i, obalając skały, w białych chmurach mąki kamiennej, w gromach lawin górskich uciekał, znacząc drogę niesławną kałużami roztopionego metalu, żużlem wulkanicznym. I gnał tak, ale nie sam; dopadał Antymat jego boków, ćwiartował, rwał, szarpał, aż trzęsło się powietrze, a potwór, rozdarty, wił się ostatkiem szczątków ku wszystkim naraz horyzontom, i wiatr rozwiewał jego ślady, i już go na świecie nie było. Wtedy radość nastała wielka wśród Srebrzystych. Lecz o tej samej godzinie dreszcz przeszedł przez cmentarzysko Bizmalii. W obszarze blach, rdzą przeżartych, kadmowych i tantalowych wraków, gdzie tylko wiatr bywał dotąd rzężąc w kopcach rozwłóczonego żelastwa, wszczął się ruch drobny, jak w mrowisku, nieustanny. Powierzchnię metalu okryła łuska błękitnawa żaru, roziskrzyły się szkielety metalowe, zmiękły, pojaśniały od gorąca wewnętrznego i jęły się łączyć ze sobą, sczepiać, spawać, i z wirowiska zgrzytających brył wstawał i lągł się nowy potwór, taki sam, nie do odróżnienia. Wicher, nicość niosący, napotkał go i nowa rozgorzała walka. A już następne potwory rodziły się i staczały z cmentarzyska; i czarna trwoga chwyciła Srebrzystych, bo widzieli już, jak niezwyciężone grożą im niebezpieczeństwa. Odczytał wówczas Inhiston napis wyryty na berle, zadrżał i zrozumiał. To przez wieki władcy z rodu Energów zapominali o swej roli by mądrze światem rządzić jak uczyli Srebrzystych siedmiomuzowie. Roztrzaskał berło srebrne i wypadł z niego kryształek jak igła cienki, który na powietrzu jął ogniem pisać.
I wyjawił napis ognisty struchlałemu królowi i radzie jego koronnej, że nie sobą jest potwór i nie siebie przedstawia, a tylko kogoś, kto, z niewiadomej dali, zawiaduje jego narodzinami, krzepnięciem i siłą śmiercionośną. Blaskiem na powietrzu piszący kryształ wyjawił im, że oni i wszyscy Srzebrzyści są odległymi potomkami istot, które stwórcy potwora przed tysiącami wieków do bytu powołali. A byli stwórcy potwora niepodobni do rozumnych, kryształowych, stalowych, złotolitych – ani wszystkiego, co żyje w metalu. Były to istoty, co z oceanu słonego wyszły i budowały maszyny, żelaznymi aniołami dla drwiny zwane, dzierżyły je bowiem w okrutnej niewoli. Lecz sił do buntu nie mając przeciw potomstwu oceanów, istoty metalowe uciekły, pierzchły na nich z domu niewoli w najodleglejsze archipelagi gwiezdne i dały tam początek państwom potężnym, wśród których państwo Srebrzystych jest jak ziarnko wśród piasków pustyni. Ale dawni władcy nie zapomnieli o wyzwolonych, których buntownikami nazywają, i szukają ich w całym Kosmosie, przemierzając go od wschodniej ku zachodniej ścianie galaktyk i od północnego bieguna ku południowemu. Zgasł napis płomienny i spojrzeli dostojnicy w źrenice swego władcy, które były jak martwe. Milczał długo, aż odezwali się.
– Władco Eterny włodarzu ławic słonecznych i księżycowych – przemów do nas!
– Nie słów, ale czynu nam trzeba, ostatniego! – odparł Inhiston.
Zadrżała rada, ale jednym głosem odrzekła:
– Ty powiedziałeś!
Po czym wypowiedział Słowo, którego wibracje zeszły fugami powietrza w podziemia planetarne. To słowo magiczne w całym kosmosie znane. Wiatr się zerwał, który wzbijał tumany piasku niczym trąby powietrzne. Gdy wiatr ucichł i opadł piasek, ujrzał Inhiston łódź kosmiczną stojącą na rynku centralnym. Wysiadł z niej starzec siwiejący z laską, która pomagała mu się poruszać.
– Wreszcie pojąłeś, – rzekł starzec do Inhistona – ten potwór mieszka w twojej głowie, przeto naszej pomocy już nie potrzebujesz. Ja zabieram braci swoich.
Machnął starzec swą laską niczym różdżką czarodziejską i z pułapek magnetycznych i fos grawitacyjnych wypadli uwięzieni. Wszyscy wsiedli do łodzi i odlecieli. Kosmos jest nieskończony i nie ma żadnych granic na żadne energie i uczynki.
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.

Prawdziwe słowa nie są przyjemne. Przyjemne słowa nie są prawdziwe.
Lao Tse

Awatar użytkownika
Zegar
Newb
Newb
Posty: 97
Rejestracja: wtorek 02 lip 2019, 14:42

Re: [Historia] Raczej historyjka.

Postautor: Zegar » sobota 20 cze 2020, 21:34

https://www.youtube.com/watch?v=h3gEkwhdXUE
Kącik literacki podupadł... Nie samym SF człowiek żyje. Tak się składa, że moim sąsiadem jest pisarz. Wydał na razie dwie książki, które czytałem jeszcze w formie brudnopisu. Właściwie przeczytałem trzy jego książki, bo akcję pierwszej osadził w świecie Warhammera, co skutecznie uniemożliwiło mu jej wydanie (prawa autorskie). Główny bohater "Zeppelin Hall" to Frank Wolf, mieszkaniec małej wioski obok drogi wojewódzkiej 307. Już na samym początku zostaje on śmiertelnie potrącony przez ciężarówkę, co jest początkiem jego wielkiej wyprawy.
IMG_20200620_205803.jpg


Znam mojego sąsiada na tyle dobrze, że wpadła mi do głowy myśl: jeżeli on może pisać, to ja tym bardziej. No i napisałem coś dla Huberta. Główny bohater mojego opowiadania też jedzie drogą 307. Kiedy dojeżdża do trzynastego kilometra...
Kurza_ślepota.pdf


Takie sobie opowiadanie napisane trochę pod wpływem chwilę wcześniej przeczytanych książek. Nie ma w nim nic szczególnego, jednak to tylko pozory. Opisane w nim zdarzenia niestety są prawdziwe. Zarówno dwudziestoośmioletni DAF, jak i zbieranie kur, trzynasty kilometr, piosenka a nawet data są autentyczne. Sam bym tego nie wymyślił, niestety.
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
"If A = success, then the formula is A = X + Y + Z.
X is work. Y is play. Z is keep your mouth shut."
A. Einstein

Awatar użytkownika
gaweł
Expert
Expert
Posty: 911
Rejestracja: wtorek 24 sty 2017, 22:05
Lokalizacja: Białystok

Re: [Historia] Raczej historyjka.

Postautor: gaweł » niedziela 21 cze 2020, 00:41

Zegar pisze:- JUŻ CZAS. – Powiedział nieznajomy i skierował swoje niby-oczy do przodu.
Nieznajomy? Kiedy znów spojrzałem na drogę, było już wszystko jasne. Mam nową misję.

Tajemnicza misja... no to może być ciekawe. Ile może być interpretacji tak krótkiego zdania?


Zegar pisze:Sam bym tego nie wymyślił, niestety.

Sama rzeczywistość jest najlepszym autorem. Również znam historie, których nie wymyśliłbym nawet na największym haju :D
Jeszcze coś napiszę, tylko to wymaga czasu.

Prawdziwe słowa nie są przyjemne. Przyjemne słowa nie są prawdziwe.
Lao Tse

Awatar użytkownika
gaweł
Expert
Expert
Posty: 911
Rejestracja: wtorek 24 sty 2017, 22:05
Lokalizacja: Białystok

Re: [Historia] Raczej historyjka.

Postautor: gaweł » wtorek 23 cze 2020, 01:34

Bajki robotów - wersje alternatywne

JAK MIKROMIŁ I GIGACYAN
UCIECZKĘ MGŁAWIC WSZCZĘLI


Astronomowie uczą, że wszystko, co jest – mgławice, galaktyki, gwiazdy – ucieka od siebie na wsze strony i wskutek tego nieustannego pierzchania Wszechświat rozszerza się już od miliardów lat.
Wielu zdumiewa bardzo taka wszechucieczka, obracając ją zaś w myśli wstecz, dochodzą do mniemania, że bardzo, ale to bardzo dawno temu cały Kosmos skupiony był w jednym punkcie, jako gwiezdna kropla, i za niepojętą przyczyną doszło do jej wybuchu, który trwa po dziś.
A kiedy tak rozumują, ogarnia ich ciekawość, co też mogło być przedtem, ii nie umieją rozwiązać tej zagadki. A było tak.
Za poprzedniego Wszechświata żyło w nim dwóch konstruktorów, mistrzów niezrównanych w fachu kosmogonicznym, że nie było rzeczy, jakiej by nie potrafili złożyć. Aby jednak cokolwiek zbudować, pierwej trzeba mieć plan tej rzeczy, a plan należy wymyślić, bo skądże go wziąć? Tak więc obaj ci konstruktorzy, Mikromił i Gigacyan, nad tym wciąż deliberowali, w jaki to sposób można by się dowiedzieć, co jeszcze jest możliwe do skonstruowania, oprócz tych dziwów, które im przychodzą do głowy.
– Sporządzić mogę wszystko, co mi przyjdzie do głowy – mówił Mikromił – ale znów nie wszystko do niej przychodzi. To ogranicza mnie, jak i ciebie – nie potrafimy bowiem pomyśleć wszystkiego, co jest do pomyślenia, i może być tak, że właśnie jakaś inna rzecz, nie ta, którą pomyśleliśmy i którą robimy, godniejsza byłaby urzeczywistnienia! Cóż ty na to?
– Masz słuszność, nie zbadane są ścieżki jakimi chadzają bity, – odrzekł Gigacyan – ale jaką widzisz na to radę?
– Cokolwiek czynimy, z materii czynimy – odparł Mikromił – i w niej założone są wszystkie możliwości; jeśli zamyślimy dom, wybudujemy dom, jeżeli kryształowy pałac – to pałac stworzymy, jeśli gwiazdę myślącą, umysł ognisty zamierzymy – i to potrafimy skonstruować. Wszelako więcej jest możliwości w materii niż w naszych głowach; należałoby tedy wprawić materii usta, aby nam sama powiedziała, co jeszcze takiego da się stworzyć z niej, co by nam i na myśl nie przyszło!
– Usta są potrzebne – zgodził się Gigacyan – ale nie wystarczą, albowiem to wyrażą, co umysł w sobie zlęgnie. Tak więc nie tylko usta trzeba materii wprawić, ale i do myślenia ją wdrożyć, a wtedy na pewno już wszystkie swe tajemnice nam wyjawi!
– Dobrze mówisz – odparł Mikromił. – Dzieło warte jest zachodu. Rozumiem je tak: ponieważ wszystko, co jest, jest energią, z niej to wszystko powstaje. Ale wprzódy trza myślenie zbudować, zaczynając od najmniejszego, więc od kwantu. Także należy myślenie kwantowe w klateczce zamknąć, z atomów zbudowanej, jak najmniejszej. Kiedy będę mógł sto milionów geniuszów do kieszeni wsypać, kiedy się w niej lekko zmieszczą – cel zostanie osiągnięty: rozmnożą się owi geniusze i wtedy byle garść myślącego piasku powie ci, niczym rada z niezliczonych złożona osób, co i jak czynić!
– Głupiś, nie tak! – Gigacyan na to. – Odwrotnie należy postąpić, ponieważ wszystko, co jest, jest masą. Ze wszystkiej masy Wszechświata trzeba zatem jeden mózg zbudować, nadzwyczajnej całkiem wielkości, myślenia pełen; kiedy będę go pytał, wszystkie sekrety wszechstwórczości mi wyjawi – on jeden. Twój proszek genialny to dziwoląg nieskuteczny, bo jeśli każde ziarnko myślące co innego będzie mówiło, wyprowadzi cię w pole.
Od słowa do słowa, srodze się obaj konstruktorzy zwaśnili i nie było już ani mowy o tym, aby wspólnie mogli się podjąć zadania. Rozeszli się tedy, drwiąc jeden z drugiego, i każdy wziął się do rzeczy po swojemu. Mikromił jął więc kwanty łowić, w klateczkach atomowych ich zamykał, a że najciaśniej im było w kryształach, wdrażał tedy do myślenia diamenty, chalcedony, rubiny – już to z rubinami najlepiej mu poszło, tyle w nich roztropnej energii uwięził, że aż błyskało. Miał też sporo innego samomyślącego drobiazu mineralnego, jak to szmaragdów, błękitnie roztropnych, i topazów, bystrych żółtością, a jednak czerwone rubinów myślenie najbardziej mu się widziało. Gdy tak w chórze piskliwych malątek trudził się Mikromił, Gigacyan tymczasem olbrzymom poświęcał swój czas; staczał tedy ku sobie wysiłkiem największym słońca i całe galaktyki, roztapiał je, mieszał, spajał, łączył i, ręce do łokci urobiwszy, kosmoluda stworzył, ogromem tak wszechogarniającego, że za nim już nic prawie nie zostało, jeno szparka, a w niej Mikromił z jego klejnotami.
Gdy obaj dzieło zakończyli, już nie o to im szło, który się od stworzonego przez się więcej dowie tajemnic, a tylko o to, który miał z nich słuszność i lepiej wybrał. Wyzwali się więc na turniej współzawodnictwa. Gigacyan czekał Mikromiła u boku swojego kosmoluda, który na wieki wieków świetlnych się rozciągał wzdłuż, wzwyż i wszerz, korpus miał z ciemnych chmur gwiazdowych, oddychanie z mrowisk słonecznych, nogi i ręce z galaktyk, grawitacją sczepionych, głowę ze stu trylionów globów żelaznych, a na niej czapkę kosmatą, pałającą, z sierści słonecznej. Kiedy nastrajał Gigacyan swego kosmoluda, latał od ucha jego do ust, a każda taka podróż sześć miesięcy trwała. Mikromił zaś przybył na pole boju samojeden, z pustymi rękami; miał w kieszonce malutki rubin, którego chciał przeciwstawić kolosowi. Roześmiał się na ów widok Gigacyan.
– I cóż powie ta kruszyna? – spytał. – Czymże może być jej wiedza wobec tej otchłani myślenia galaktycznego, rozumowania mgławicowego, w której słońca słońcom myśl przekazują, grawitacja je potężna wzmacnia, gwiazdy wybuchające przydają blasku konceptom, a ciemność międzyplanetarna zogromnia namysł?
– Zamiast chwalić swoje i chełpić się, lepiej przystąp do rzeczy – Mikromił na to. – Albo wiesz co? Po cóż my mamy te twory nasze pytać? Niech one same z sobą powiodą dyskurs współzawodnictwa! Niech się mój geniusz mikroskopijny potyka z twoim gwiazdoludem w szrankach tego turnieju, w którym mądrość jest tarczą, mieczem zaś myśl roztropna!
– Niechaj i tak będzie – zgodził się Gigacyan. Odstąpili tedy dzieł swoich, aby same zostały na placu. Pokrążył, pokrążył w ciemnościach rubin czerwony nad oceanami próżni, w których góry gwiazd pływały, nad cielskiem rozświetlonym, niezmierzonym, i zapiszczał:
– Hej, ty, nazbyt wielki, niezguło ogniowa, nadmierny byle jaku, potraf iszże ty w ogóle cokolwiek pomyśleć?!
Już po roku doszły owe słowa do mózgu kolosa, w którym się firmamenty jęły obracać, harmonią kunsztowną spojone, zadziwił się tedy zuchwałym słowom i chciał zobaczyć, kto też to śmie tak się doń odzywać.
Jął więc głowę obracać w tę stronę, z której mu zadano pytanie, nim ją wszelako odwrócił, dwa lata minęły. Spojrzał oczami-galaktykami jasnymi w mrok i nic w nim nie zobaczył, bo rubinu dawno już tam nie było i tylko zza jego grzbietu popiskiwał:
– Ależ ciamajda z ciebie, mój ty gwiezdnochmury, słońcowłosy, ależ z ciebie leniwiec-przeraźliwiec! Zamiast łbem kręcić, słońcami kudłatym, powiedz lepiej, czy zdołasz dwa do dwóch dodać, zanim ci połowa olbrzymów błękitnych wypali się w mózgownicy i od starości zagaśnie!
Zgniewały te bezwstydne prześmiewki kosmoluda, jął więc, jak tylko mógł najszybciej, obracać się, bo zza grzbietu doń mówiono; i obracał się coraz bardziej rączo, i wirowały wokół osi ciała jego drogi mleczne i zawijały się z rozpędu ramiona, dotąd proste, galaktyk – w spirale, i zakręcały chmury gwiazdowe, przez co kulistymi się stawały gromadami, i wszystkie słońca, globy i planety od tego pośpiechu rozkręciły się w nim jak bąki podcięte; ale zanim na przeciwnika ślepiami zaświecił, tamten już sobie z niego z boku podrwiwał.
Mknął kryształek-śmiałek coraz prędzej i prędzej, a kosmolud też jął krążyć i krążyć, ale nie mógł w żaden sposób nadążyć, choć obracał się już jak fryga, aż takich nabrał obrotów, z taką straszną począł wirować szybkością, że rozluźniły się pęta grawitacji, puściły napięte do ostateczności szwy ciążenia, przez Gigacyana nałożone, trzasły ściegi atrakcji elektrycznej i, jak rozbiegana centryfuga, pękł naraz i na wszystkie strony świata rozleciał się kosmolud, galaktykami-żagwiami spiralnymi kołując, drogami mlecznymi siejąc, i tą siłą odśrodkową rozbryźnięta rozpoczęła się ucieczka mgławic. Mikromił powiadał potem, że to on zwyciężył, bo się kosmolud Gigacyanowy rozleciał, zanim zdążył „be” lub „me” powiedzieć; Gigacyan wszakże na to, że celem rywalizacji było nie siłę spajającą zmierzyć, lecz rozum, to jest, który z ich tworów mądrzejszy, a nie – który się lepiej kupy trzyma.
Od tego czasu spór ich jeszcze się wzmógł. Mikromił rubinu swego szuka, który gdzieś w katastrofie się zawieruszył, ale znaleźć go nie może, bo kędy spojrzy, czerwone widzi światło i zaraz tam bieży, ale to tylko światło mgławic, pierzchających ze starości, czerwienieje, więc wciąż od nowa szuka, i wciąż na próżno. Gigacyan zaś stara się grawitacjami-powrozami, promieniami-nitkami dzwona rozpękłego kosmoluda swojego zeszyć, jako igieł używając najtwardszego promieniowania. Ale co zeszyje, to mu zaraz pęka, taka jest bowiem moc straszna raz wszczętej ucieczki mgławic; i ani jeden, ani drugi nie zdołał się od materii jej tajemnic wywiedzieć, chociaż i rozumu ją nauczyli, i usta byli jej wprawili, ale zanim do rozstrzygającej doszło rozmowy, stała się ta bieda, którą nierozumni przez swą niewiedzę stworzeniem świata nazywają.
W końcu zmęczeni spotkali się na skraju galaktyki, jakaś refleksja okrutna ich naszła.
– Aleś ty głupi – rzekł Gigacyan.
Już mu Mikromił chciał kuksańca wypłacić, ale Gigacyan mówił dalej.
– … jako i ja głupi – kontynuował.
– Zaiste, – refleksja naszła Mikromiła – a jakie to ma znaczenie? Z tego tylko twój świat się rozlazł, a ja swego znaleźć nie mogę. Oba my stratne.
– Ano tak mi się widzi. – rzekł Gigacyan – czas wszystko naprawić i do starego wrócić.
I tak naprawiają wszystko. Zepsuć łatwo, naprawić trudniej. No ale wszystko co da się zepsuć, takoż naprawić się daje. Trochę to mozolnie im idzie, bo wystarczy wyjść nocą i w czyste niebo popatrzeć, ile jest jeszcze gwiazd rozrzuconych we wszystkie strony.

Prawdziwe słowa nie są przyjemne. Przyjemne słowa nie są prawdziwe.
Lao Tse

Awatar użytkownika
Zegar
Newb
Newb
Posty: 97
Rejestracja: wtorek 02 lip 2019, 14:42

Re: [Historia] Raczej historyjka.

Postautor: Zegar » środa 01 lip 2020, 00:06

Suplement do "Kurzej Ślepoty":
Trzynasty_kilometr.png

Trzynasty_km_DW307.png
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
"If A = success, then the formula is A = X + Y + Z.
X is work. Y is play. Z is keep your mouth shut."
A. Einstein

Awatar użytkownika
Zegar
Newb
Newb
Posty: 97
Rejestracja: wtorek 02 lip 2019, 14:42

Re: [Historia] Raczej historyjka.

Postautor: Zegar » sobota 15 sie 2020, 10:49

Szum lasu zakłócił narastający warkot silnika spalinowego. Pewnie znowu jakaś paralotnia - pomyślałem. Jednak nie, to mały staroświecki samolot. Po chwili zaczął podchodzić do lądowania na dawno nieużywanym lądowisku dla szybowców. Zaciekawiony rzadkim widokiem podszedłem bliżej. Maszyna zrobiła kółko na nieskoszonej trawie i zaparkowała. Zgasły światła i ucichł motor. Nie zauważyłem, żeby ktoś wysiadał. Z kilkuset metrów nie wszystko widać. Z bliska też niewiele więcej... Nie znam się na lotnictwie, ale na kadłubie powinny być jakieś informacje. Monotonną szarość pogłębiał nadchodzący zmierzch. Od czasu do czasu odezwała się jakaś stygnąca blacha - naprawdę przed chwilą wylądował - trudno odróżnić jawę od snu. Na spacery zabieram tylko psa, więc nie zrobiłem zdjęć (nie noszę nawet telefonu, żeby nikt nie zliczał moich kroków). Wróciłem do domu, jednak nie mogłem zasnąć. Nad ranem nie wytrzymałem. Maszyna nadal tkwiła w wysokiej trawie, w której pozostały wydeptane przeze mnie i psa ścieżki. Silnik już ostygł. W kokpicie pustka. Adrenalina wprawiała w wibracje wszystkie mięśnie. Poczułem się, jakbym zrywał jabłka w nie swoim sadzie. W tylnej części kadłuba znalazłem drzwi. Otwarłem je i zajrzałem do wnętrza. Nie było tam nic oprócz dwóch drewnianych skrzyń. Może to jakiś przemyt? Ostrożnie wyjąłem skrzynie i kolejno przeniosłem do lasu w pobliże drogi. Były zbyt ciężkie, żeby je zanieść do domu, więc zamaskowałem je w zaroślach. Poszedłem po samochód. Chyba nikt mnie nie widział...
IMG_20200815_103000.jpg

IMG_20200815_103433.jpg
IMG_20200815_103533.jpg

Nadszedł czas, by sprawdzić zawartość.
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
"If A = success, then the formula is A = X + Y + Z.
X is work. Y is play. Z is keep your mouth shut."
A. Einstein

Awatar użytkownika
Zegar
Newb
Newb
Posty: 97
Rejestracja: wtorek 02 lip 2019, 14:42

Re: [Historia] Raczej historyjka.

Postautor: Zegar » sobota 15 sie 2020, 12:31

W pierwszej jest jakiś stół obrotowy. Gramofon? Okropnie ciężki.
IMG_20200815_105509.jpg
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
"If A = success, then the formula is A = X + Y + Z.
X is work. Y is play. Z is keep your mouth shut."
A. Einstein

Awatar użytkownika
Zegar
Newb
Newb
Posty: 97
Rejestracja: wtorek 02 lip 2019, 14:42

Re: [Historia] Raczej historyjka.

Postautor: Zegar » sobota 15 sie 2020, 12:50

Zawartość drugiej jest ciekawsza:
IMG_20200815_105902.jpg
IMG_20200815_110906.jpg

Oczywiście zepsułem...
https://youtu.be/l_GINFe-iks
Nie kręci się...
IMG_20200815_114942.jpg
IMG_20200815_114959.jpg
IMG_20200815_115034.jpg
IMG_20200815_115113.jpg

Jest też dokumentacja.
IMG_20200815_120855.jpg
IMG_20200815_121022.jpg

Stół jest na 110 V, reszta 220 V (nawet w Szwajcarii tyle mieli).
Jest też trochę artefaktów.
IMG_20200815_120822.jpg
IMG_20200815_120728.jpg
IMG_20200815_120750.jpg
IMG_20200815_120831.jpg
IMG_20200815_120945.jpg
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
"If A = success, then the formula is A = X + Y + Z.
X is work. Y is play. Z is keep your mouth shut."
A. Einstein

Awatar użytkownika
Zegar
Newb
Newb
Posty: 97
Rejestracja: wtorek 02 lip 2019, 14:42

Re: [Historia] Raczej historyjka.

Postautor: Zegar » sobota 15 sie 2020, 13:02

Oczywiście wstęp zmyśliłem... Maszyna nie należy do mnie, ale pozwoliłem sobie ją rozpakować. Stoi w szafie już trzy lata, więc trochę się przewietrzy. Niestety stół jest amerykański, więc nie chce mi się kombinować z napięciami. Wiele elementów mechanicznych nie przetrwało próby czasu. Zwłaszcza paski przenoszące napęd... Chyba spakuję, zanim zepsuję to do reszty. :-)
https://youtu.be/262oOpVKccY
A jednak się kręci!
"If A = success, then the formula is A = X + Y + Z.
X is work. Y is play. Z is keep your mouth shut."
A. Einstein

Awatar użytkownika
gaweł
Expert
Expert
Posty: 911
Rejestracja: wtorek 24 sty 2017, 22:05
Lokalizacja: Białystok

Re: [Historia] Raczej historyjka.

Postautor: gaweł » niedziela 16 sie 2020, 14:38

Zegar pisze:A jednak się kręci!

Cytujesz wielkich filozofów :lol: .

A przy okazji, co to za perpetum mobile?

Prawdziwe słowa nie są przyjemne. Przyjemne słowa nie są prawdziwe.
Lao Tse

Awatar użytkownika
Zegar
Newb
Newb
Posty: 97
Rejestracja: wtorek 02 lip 2019, 14:42

Re: [Historia] Raczej historyjka.

Postautor: Zegar » niedziela 16 sie 2020, 17:37

Powinno być: "A jednak się rusza!" ( E pura si muove.) :lol:
gaweł pisze:A przy okazji, co to za perpetum mobile?

To dzieło sztuki.
https://www.mutualart.com/Artist/Charle ... 4/Artworks
https://www.kollerauktionen.ch/en/31421 ... 35072.html
https://www.sothebys.com/en/auctions/ec ... t.145.html
Pewien Polak dostał w prezencie, gdy przechodził na emeryturę. Wcześniej przez ponad dwadzieścia lat opiekował się tym w ramach obowiązków służbowych. Przywiózł to do Polski prawie cztery lata temu, jednak nasz "klimat" mu się nie spodobał... Spędza czas na emeryturze tam gdzie pracował, a "maszyna" jest u mnie w depozycie i trochę przeszkadza, bo duża jest.
"If A = success, then the formula is A = X + Y + Z.
X is work. Y is play. Z is keep your mouth shut."
A. Einstein

Awatar użytkownika
Zegar
Newb
Newb
Posty: 97
Rejestracja: wtorek 02 lip 2019, 14:42

Re: [Historia] Raczej historyjka.

Postautor: Zegar » poniedziałek 17 sie 2020, 09:05

Widziałem kiedyś film, kiedy "Motoc" był bardziej sprawny... Dużo się w nim działo. Żeby sobie to wyobrazić, można obejrzeć inne prace Charlesa Morgana. Np: https://www.youtube.com/watch?v=kOQi6oBXFx0
"If A = success, then the formula is A = X + Y + Z.
X is work. Y is play. Z is keep your mouth shut."
A. Einstein

Awatar użytkownika
gaweł
Expert
Expert
Posty: 911
Rejestracja: wtorek 24 sty 2017, 22:05
Lokalizacja: Białystok

Re: [Historia] Raczej historyjka.

Postautor: gaweł » poniedziałek 17 sie 2020, 13:18

Zegar pisze:To dzieło sztuki.

Kolekcjonujesz antyki? :D
Rzeczywiście, to wymaga dużo miejsca.

Prawdziwe słowa nie są przyjemne. Przyjemne słowa nie są prawdziwe.
Lao Tse


Wróć do „Hyde Park”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości