Re: [Historia] Raczej historyjka.
: wtorek 09 cze 2020, 01:36
autor: gaweł
„Niezwyciężony” to znakomite połączenie literatury science fiction z elementami powieści sensacyjnej: czytelnik zostaje wciągnięty w sam środek widowiskowej kosmicznej batalii. Pozornie klasyczny opis wojny światów kryje jednak w sobie jednak dużo głębszą refleksję: istnieje inny świat, który rządzie się własnymi prawami, niekoniecznie przyjazny innym. Naturalne dążenie do poznawania innych rzeczywistości czasami trafia na nieprzyjazny grunt i prowadzi do agresji.
Kosmiczny krążownik drugiej klasy Niezwyciężony ląduje na pustynnej planecie Regis III. Celem przybycia statku kosmicznego jest odszukanie Kondora – bliźniaczej jednostki, która lądowała tu wcześniej i z którą utracono łączność. Zachowując najwyższe środki bezpieczeństwa załoga rozpoczyna poszukiwania. Jednocześnie naukowcy przystępują do badań planety, starając się określić źródła potencjalnego zagrożenia. W trakcie poszukiwań zaginionego statku odkryte zostają nieznane konstrukcje, wyglądające jak odpowiednik ziemskiego miasta. Podczas gdy grupa badaczy dokonuje zwiadu ruin (które po bliższym zbadaniu wydają się szczątkami jakichś urządzeń), trzysta kilometrów dalej odnaleziony zostaje Kondor. Okazuje się, że cała jego kilkudziesięcioosobowa załoga zginęła w tajemniczych okolicznościach, przed śmiercią tracąc pamięć. Badając planetę, Ziemianie znajdują roboty wielkości owadów, które łącząc się, tworzą zbiorowiska wielkości chmur. Roboty te wyniszczyły całe życie na lądach planety. Do walki „tubylcy” stosują bardzo silne pole magnetyczne, niszczące wszelką informację w mózgach ludzkich, a także elektronowych.
Ta powieść nie kończy się happy end'em, toteż naszła mnie ochota by zmienić jej zakończenie.
* * *
"Niezwyciężony", krążownik drugiej klasy, największa jednostka, jaką dysponowała baza w konstelacji Liry, szedł fotonowym ciągiem przez skrajny kwadrant gwiazdozbioru. Osiemdziesięciu trzech ludzi załogi spało w tunelowym hibernatorze centralnego pokładu. Ponieważ rejs był stosunkowo krótki, zamiast pełnej hibernacji zastosowano pogłębiony sen, w którym temperatura ciała nie opada poniżej dziesięciu stopni. W sterowni pracowały tylko automaty. W ich polu widzenia, na krzyżu celowniczym, leżała tarcza słońca, niewiele gorętszego od zwykłego czerwonego karła. Kiedy jej krąg zajął połowę szerokości ekranu, reakcja anihilacyjna została wstrzymana. Przez jakiś czas w całym statku panowała martwa cisza. Bezdźwięcznie działały klimatyzatory i maszyny cyfrowe. Ustała najdelikatniejsza wibracja, towarzysząca emisji świetlnego słupa, który przedtem wypadał z rufy i jak nieskończonej długości szpada, zanurzona w mroku, popychał odrzutem statek. "Niezwyciężony" szedł z tą samą szybkością przyświetlną, bezwładny, głuchy i pozornie pusty. Potem światełka zaczęły mrugać do siebie z pulpitów, oblanych różem dalekiego słońca, które stało w środkowym ekranie. Taśmy ferromagnetyczne ruszyły, programy wpełzały powoli do wnętrza coraz to nowych aparatur, przełączniki krzesały iskry i prąd wpływał w przewody z buczeniem, którego nikt nie słyszał. Motory elektryczne, przezwyciężając opór od dawna zastygłych smarów, ruszały i z basów wchodziły na wysoki jęk. Matowe sztaby kadmu wysuwały się z pomocniczych reaktorów, pompy magnetyczne tłoczyły płynny sód w wężownice chłodzenia, blachami rufowych pokładów poszło drżenie, a zarazem słaby chrobot we wnętrzu ścian, jak gdyby grasowały tam całe stada zwierzątek i stukały pazurkami o metal, zdradził, że ruchome sprawdziany samo naprawcze ruszyły już w wielokilometrową wędrówkę, aby kontrolować każde spojenie dźwigarów, szczelność kadłuba, całość metalowych złączy. Cały statek wypełniał się szmerami i ruchem. Statek budził się do życia.
* * *
Kataklizm, wywołany zniebazstąpieniem "Niezwyciężonego" minął, i wicher pustyni, gwałtowny prąd powietrza płynącego stale ze stref równikowych ku biegunowi planety, wtłaczał już pierwsze piaszczyste języki pod rufę statku, jakby usiłując cierpliwie zabliźnić ranę, utworzoną przez wylotowy ogień. Astrogator włączył sieć zewnętrznych mikrofonów i zjadliwe, dalekie wycie wraz z dźwiękiem piachu, szorującego po pancerzach, wypełniło na chwilę wysoką przestrzeń sterowni. Potem wyłączył mikrofony i zapadła cisza.
– Tak to wygląda – powiedział powoli.
– Ale "Kondor" nie wrócił stąd, Rohan.
Tamten zacisnął szczęki. Nie mógł spierać się z dowódcą. Przeleciał z nim wiele parseków, ale nie doszło między nimi do przyjaźni. Może różnica wieku była zbyt wielka. Albo przebyte wspólnie niebezpieczeństwa za małe. Bezwzględny był ten człowiek o włosach prawie tak białych jak jego odzienie. Stu bez mała ludzi trwało nieruchomo na stanowiskach po skończonej, wytężonej pracy, która poprzedziła zbliżenie, trzysta godzin hamowania nagromadzonej w każdym atomie "Niezwyciężonego" energii kinetycznej, wejście na orbitę, lądowanie. Stu prawie ludzi, którzy od miesięcy nie słyszeli odgłosu, jaki wydaje wiatr, i nauczyli się nienawidzić próżni, jak nienawidzi jej tylko ten, kto ją zna. Ale dowódca o tym na pewno nie myślał. Przeszedł powoli przez sterownię i opierając rękę na oparciu fotela, podniesionym już do nowego poziomu.
– Nie wiemy, co to jest, Rohan – mruknął, i nagle ostro – Na co pan jeszcze czeka?
* * *
Wrażenie to powiększało ukształtowanie otaczających ją piasków: zachodnie obwałowanie było znacznie wyższe od wschodniego, ze względu na kierunek stałych wiatrów. Kilka ciągników w pobliżu było zasypanych prawie zupełnie, nawet i znieruchomiały miotacz energii z uniesioną pokrywą zaniosło wydmami do połowy kadłuba. Ale sama rufa ukazywała wyloty dysz, bo znajdowała się wewnątrz nie zawianej wklęsłości. Dzięki temu wystarczyło odgarnąć cienką warstwę piasku, aby dotrzeć do rozsypanych wokół pochylni przedmiotów. Ludzie "Niezwyciężonego" zatrzymali się na brzegu obwałowania. Pojazdy, które ich przywiozły, otoczyły już wielkim kręgiem cały teren i wyrzucone z emitorów pęki siłowe połączyły się w osłaniające pole. Transportery i inforoboty s pozostawili kilkadziesiąt metrów od miejsca, w którym kolisko piachu opasywało podstawę "Kondora", i patrzyli ze szczytu na wydmy w dół.
Pochylnię statku dzieliła od gruntu pięciometrowa przestrzeń, jakby coś zatrzymało ją znienacka w ruchu, kiedy była opuszczana. Rusztowanie osobowego dźwigu stało jednak pewnie, a pusta klatka windy z otwartym wejściem zdawała się zapraszać do środka. Obok niej wystawało z piasku kilka tlenowych butelek. Aluminiowe ich ścianki lśniły, jakby porzucono je zaledwie kilka minut temu. Nieco dalej wystawał z wydmy błękitny fragment jakiegoś przedmiotu, który okazał się plastykowym pojemnikiem. Zresztą chaotycznie porozrzucanych przedmiotów było we wklęsłości u podnóża statku mnóstwo: bańki konserwowe, pełne i opróżnione, teodolity, aparaty fotograficzne, lunety, statywy i manierki - jedne całe, inne noszące ślady uszkodzeń.
– Zupełnie jakby je ktoś wyrzucał całymi stosami z rakiety! – pomyślał Rohan, zadzierając głowę tam, gdzie w postaci ciemnego otworu widniało wejście osobowe: jego klapa była nie domknięta. Mały zwiad lotny de Vriesa natknął się zupełnie przypadkowo na martwy statek. De Vries nie próbował dostać się do jego wnętrza, lecz od razu zawiadomił bazę. Dopiero grupa Rohana miała zbadać tajemnicę sobowtóra "Niezwyciężonego". Technicy biegli już, prosto od swych maszyn, niosąc skrzynki narzędziowe. Zauważywszy coś wypukłego, co pokrywała cienka warstwa piasku, Rohan odrzucił ją czubkiem buta, sądząc, że to jakiś mały globus, i wciąż jeszcze nie zdając sobie sprawy, co to jest, wydźwignął ową bladożółtawą kulę z ziemi. Prawie krzyknął: wszyscy zwrócili się ku niemu. Trzymał ludzką czaszkę. Potem znaleźli inne kości i więcej szczątków, a także jeden cały szkielet, odziany w kombinezon. Między odpadłą dolną szczęką a zębami górnej spoczywał jeszcze ustnik tlenowego aparatu, a wskaźnik ciśnienia zatrzymał się na czterdziestu sześciu atmosferach. Klęcząc, Jarg odkręcił zawór butli i gaz trysnął z przeciągłym sykiem. W doskonale suchym powietrzu pustyni nawet ślad rdzy nie tknął żadnej ze stalowych części reduktora i gwinty obracały się zupełnie lekko. Mechanizm dźwigu można było uruchomić z klatkowej platformy, ale widocznie sieć była bez prądu, bo naciskanie guzików okazało się daremne. Wspięcie się po czterdziestometrowej konstrukcji windy przedstawiało niemałą trudność i Rohan wahał się, czy nie wysłać raczej w górę kilku ludzi na latającym talerzu, ale tymczasem dwóch techników, związawszy się liną, polazło po zewnętrznym dźwigarze. Pozostali, milcząc, przyglądali się postępom ich wspinaczki.
* * *
W dziewiętnastym dniu od lądowania ściągnęły nad okolicę, w której pracowały ekipy górnicze, zwały chmur tak grubych i ciemnych, jakich dotąd na planecie nie widziano. Około południa rozpętała się burza, przewyższająca gwałtownością wyładowań elektrycznych burze ziemskie. Niebo i skały połączyła gmatwanina bezustannie walących piorunów. Wezbrane wody, rwąc krętymi wąwozami, zaczęły zatapiać wykute chodniki. Ludzie musieli opuścić je i wraz z automatami schronili się pod głównym pęcherzem pola siłowego, w który strzelały kilometrowe błyskawice. Burza przetaczała się powoli ku zachodowi i czarną, pokreśloną błyskawicami ścianą zajmowała cały horyzont nad oceanem. Wracając do "Niezwyciężonego" górnicze załogi odkryły po drodze sporą ilość leżących na piasku czarnych, drobniutkich kropelek metalowych. Wzięto je za osławione "muszki". Starannie zebrane, zostały przywiezione na statek, gdzie wzbudziły zainteresowanie uczonych, ale i mowy nie było o tym, aby stanowiły szczątki owadów. Odbyła się kolejna narada specjalistów, przechodząca kilkakrotnie w gorące spory. Wreszcie zdecydowano wysłać ekspedycję w kierunku północno wschodnim, poza teren krętych wąwozów i złóż związków żelaza, ponieważ na gąsienicach pojazdów "Kondora" wykryto drobne ilości interesujących minerałów, których nie znaleziono na poprzednio badanych obszarach. Doskonale wyekwipowana kolumna z energobotami, kroczącym miotaczem "Kondora", transporterami i robotami, wśród których było dwanaście arktanów, zaopatrzona w automatyczne koparki i wiertnice, załadowawszy dwudziestu dwóch ludzi, zapasy tlenu, żywności i paliwa jądrowego, wyruszyła następnego dnia w drogę pod dowództwem Regnara. Utrzymywano z nią stałą łączność radiową i telewizyjną do czasu, kiedy wypukłość planety odcięła bieg fal ultrakrótkich w linii prostej. "Niezwyciężony" wprowadził wtedy na orbitę stacjonarną automatyczny przekaźnik telewizyjny, który umożliwił podjęcie odbioru. Kolumna była w marszu przez cały dzień. Nocą otoczyła się, ustawiając się w obronnym szyku kołowym, strefą siłową, a następnego dnia kontynuowała marsz. Około południa Regnar zawiadomił Rohana, że zatrzymuje się u stóp ruin, prawie całkowicie zasypanych piaskiem, znajdujących się wewnątrz płytkiego, niewielkiego krateru, gdyż pragnie je zbadać bliżej. W godzinę potem jakość odbioru radiowego zaczęła się pogarszać wskutek silnych zakłóceń statycznych. Technicy łączności przeszli więc na pasmo krótszych fal, których odbiór był lepszy. Rychło potem, gdy grzmoty dalekiej burzy przesuwającej się na wschód, to znaczy tam, dokąd udała się ekspedycja, jęły cichnąć, odbiór nagle się urwał. Utratę łączności poprzedziło kilkanaście coraz silniejszych fadingów; najdziwniejsze było jednak jednoczesne pogorszenie się odbioru telewizyjnego, który przecież, jako przekazywany przez pozaatmosferycznego satelitę, nie był zależny od stanu jonosfery. O godzinie pierwszej łączność ustała całkowicie. Nikt z techników, ani nawet z fizyków, których wezwano na pomoc, nie rozumiał tego zjawiska. Wyglądało na to, jak gdyby ściana metalu osunęła się gdzieś w pustyni, oddzielając oddaloną o 170 kilometrów grupę od "Niezwyciężonego".
* * *
Ekran pociemniał, zgasł, przez chwilę jarzył się pustym światłem, potem stał się zielony, drgając od miliardowych roziskrzeń.
– Ta chmura jest z żelaza – powiedział, a raczej westchnął ktoś za plecami Rohana.
– Jazon! – krzyknął astrogator – czy jest tu Jazon?!
– Jestem – wysunął się nukleonik spośród stojących.
– Czy mogę to podgrzać...? – spytał spokojnie astrogator, wskazując ekran, i wszyscy zrozumieli go. Jazon ociągał się z odpowiedzią.
– Należałoby ostrzec TL 4, żeby maksymalnie rozszerzył pęcherz pola...
– Bez głupstw, Jazon. Nie mam łączności... Do czterech tysięcy stopni... z niewielkim ryzykiem...
- Dziękuję, Blaar, mikrofon! Pierwszy do TL 8, gotuj lasery na chmurę, małą mocą, do bilierga w epicentrum, ogień ciągły wzdłuż azymutu!
– TL 8, ogień ciągły do bilierga - odpowiedział natychmiast głos pilota. Przez jakąś sekundę nie działo się nic. Potem błysło i centralna, wypełniająca dolną część ekranu chmura zmieniła barwę. Najpierw zaczęła się jakby rozmazywać, potem sczerwieniała i zawrzała; powstał tam rodzaj leja o płonących ścianach, w które wpadały, jakby były wsysane, sąsiednie połacie chmury. Ten ruch ustał nagle, chmura rozwarła się ogromnym koliskiem, ukazując przez powstałe okno chaotyczne nagromadzenia skał, tylko w powietrzu unosił się jeszcze drobny, czarny pył, na kształt polatującego kopciu.
– Pierwszy do TL 8, zejdź na dystans maksymalnej skuteczności ognia!
Pilot powtórzył rozkaz. Chmura, okrążając niespokojnym obwałowaniem utworzony rozryw, usiłowała go wypełnić, lecz za każdym razem, kiedy wysuwające się wypustki obejmował rozbłysk żaru, wciągała je z powrotem. Trwało to kilka minut. Sytuacja nie mogła się przedłużać. Astrogator nie śmiał uderzyć w chmurę całą mocą miotacza, albowiem gdzieś w jej głębi znajdował się drugi pojazd. Rohan domyślał się, na co liczył Horpach: miał nadzieję, że tamta maszyna wydostanie się w obręb oczyszczonej przestrzeni. Ale wciąż nie było jej widać. TL 8 wisiał teraz prawie nieruchomo, rażąc oślepiającymi sztychami laserów skotłowane obrzeża czarnego kręgu. Niebo nad nim było jeszcze dość jasne, lecz skały pod maszyną zaciągał powoli przybór cienia. Słońce zachodziło. Raptem zgęszczający się w dolinie mrok załopotał w niesamowitym blasku. Czerwonawy i brudny, jak gardło wulkanu widzianego przez kłąb eksplozji, okrył drgającym całunem całe pole widzenia. Widać było teraz tylko zlewające się w jedno ciemności, w których głębi wrzał i parskał ogień. To substancja chmury, czymkolwiek była, atakowała pierwszą, pochłoniętą maszynę i spalała się straszliwym żarem w otaczającej ją siłowej osłonie. Rohan spojrzał na astrogatora, który stał jak martwy, z twarzą bez wyrazu, oblaną chwiejnym odblaskiem łuny. Czarne kotłowanie i pałający w jego głębi, tylko chwilami krzaczasto tężejący pożar zajmowały centrum ekranu. W oddali widać było wysoki szczyt skalny, oblany szkarłatem, cały w zimnej czerwieni tego ostatniego światła, w tej chwili niewymownie ziemskiego. Tym bardziej niewiarygodne było widowisko dziejące się wewnątrz chmur. Rohan czekał; twarz astrogatora nie wyrażała nic. Ale musiał powziąć decyzję: albo rozkazać górnej maszynie, aby poszła na pomoc tamtej, albo pozostawiając ją swemu losowi, nakazać zwiadowcy dalszy lot na północny wschód.
Nagle stało się coś niespodziewanego. Czy pilot dolnej zamkniętej w chmurze maszyny stracił głowę, czy też nastąpiła na jej pokładzie jakaś awaria, dość że czarną kipiel przestrzelił błysk, którego centrum jarzyło się oślepiająco, i długie smugi rozwianej wybuchem chmury buchnęły na wszystkie strony, a fala udarowa była tak potężna, że cały obraz zakołysał się zgodnie z susami, w jakie podmuch wprawił TL 8. Potem czerń wróciła, skupiła się, i oprócz niej nie było już nic.Astrogator pochylił się i powiedział coś do telegrafisty przy mikrofonach tak cicho, że Rohana nie doszły jego słowa; ale ów powtórzył je natychmiast, prawie krzycząc:
– Gotuj antyprony! Pełną mocą, na chmurę, ogień ciągły!
* * *
– Dobrze. Rohan, pan chciał, jeśli się nie mylę, wyjść spod siłowego parasola... Będzie pan miał okazję. Dostanie pan osiemnastu ludzi, podwójny komplet automatów, obwodowe lasery i antyprony... czy mamy coś jeszcze...? – (Nikt nie odpowiedział). – No tak, na razie niczego doskonalszego nad antymaterię nie wynaleziono... Wystartuje pan o 4.31, to jest o wschodzie słońca, i spróbuje znaleźć ten krater na PnW, o którym mówił Regnar w ostatnim doniesieniu. Tam wyląduje pan w otwartym polu siłowym. Po drodze proszę razić wszystko na maksymalny dystans. Żadnych oszczędności mocy rażenia. Jeśli pan straci łączność ze mną, proszę robić swoje dalej. Gdy znajdzie pan ten krater, proszę lądować, ale ostrożnie, żeby nie usiąść na ludziach... przypuszczam, że są gdzieś w tej okolicy...
Wskazał na mapie, która zajmowała całą ścianę, punkt.
– W tym czerwono zakreskowanym obszarze. Jest to tylko szkic, ale nic lepszego nie mam.
– Co mam robić po wylądowaniu, panie astrogatorze? Czy mam ich szukać?
– Pozostawiam to pana uznaniu. Proszę pamiętać tylko O jednym: żadnych celów nie wolno panu razić już w odległości 50 kilometrów od tego miejsca, bo na dole mogą być nasi ludzie.
– Żadnych celów naziemnych?
– W ogóle żadnych. Do tej granicy - jednym ruchem astrogator przedzielił obszar, ukazywany przez mapę, na dwie części - może pan używać własnych środków niszczących zaczepnie. Od tej linii wolno panu się bronić tylko polem siłowym. Jazon! Ile może wytrzymać pole superkoptera?
– Nawet milion atmosfer na centymetr kwadratowy.
– Co to znaczy "nawet"? Czy pan mi chce to sprzedać? Pytam, ile. Pięć milionów? Dwadzieścia?
Horpach mówił to wszystko z całkowitym spokojem; takiego usposobienia dowódcy właśnie najbardziej się obawiano na pokładzie. Jazon odchrząknął.
– Pole było wypróbowane na dwa i pół...
– To co innego. Słyszy pan, Rohan? Jeżeli chmura ściśnie pana do tej granicy, proszę uciekać. Najlepiej w górę. Zresztą wszystkiego nie przepowiem panu... - Spojrzał na zegarek.
– Za osiem godzin od chwili startu będę pana wywoływał na wszystkich pasmach. Jeśli to nie da rezultatu, spróbujemy nawiązać łączność albo satelitami trojańskimi, albo optycznie. Będziemy laserować morsem. Nie słyszałem jeszcze, by i to nie dało rezultatu. Ale próbujmy przewidzieć więcej od tego, cośmy słyszeli. Jeśli i lasery nie wypalą, po dalszych trzech godzinach wystartuje pan i wróci. Jeśli mnie nie będzie...
– Pan ma zamiar wystartować?
– Niech mi pan nie przerywa, Rohan. Nie. Nie mam zamiaru startować, ale nie wszystko zależy od nas. Jeżeli mnie tu nie będzie, proszę wejść na okołoplanetarną orbitę. Robił pan to już superkopterem?
– Tak jest, dwa razy, na delcie Liry.
– Dobrze. Wie pan zatem, że to trochę skomplikowane, ale zupełnie możliwe. Orbita musi być stacjonarna; jej dokładne dane poda panu przed startem Stroem. Na tej orbicie będzie pan mnie czekał przez trzydzieści sześć godzin. Jeżeli nie dam o sobie znać w tym czasie, powróci pan na planetę. Poleci pan do "Kondora" i spróbuje go uruchomić. Wiem, jak to wygląda. Niemniej jednak nic innego nie będzie pan miał na widoku. Jeśli dokona pan tej sztuki, proszę wrócić do bazy "Kondorem" i przedstawić sprawozdanie z wypadków. Czy ma pan jeszcze jakieś pytania?
– Tak. Czy mogę próbować nawiązania kontaktu z tymi – tym ośrodkiem, który kieruje chmurą, w wypadku jeśliby mi się udało go odkryć?
– I to pozostawiam do pańskiego uznania. W każdym razie ryzyko musi pozostać w rozsądnych granicach. Nie wiem naturalnie nic, ale wygląda mi na to, że ten ośrodek dyspozycyjny nie znajduje się na powierzchni planety. Poza tym jego istnienie wydaje mi się w ogóle problematyczne...
– Jak pan to rozumie?
– Mamy przecież stały nasłuch radiowy na całym widmie elektromagnetycznym. Gdyby ktokolwiek sterował tą chmurą za pomocą promieni, zarejestrowalibyśmy odpowiednie sygnały. Ten ośrodek mógł znajdować się w samej chmurze...
– Możliwe. Nie wiem. Jazon, czy możliwe jest, by istniały jakieś sposoby zdalnej łączności, niezależne od elektromagnetycznych?
* * *
Jak każda historia prawdziwa opowiadanie Rohana było dziwaczne i nieskładne. Dlaczego chmura nie zaatakowała jego ani Jarga? Dlaczego nie tknęła także Ternera, dopóki nie opuścił amfibii? Dlaczego Jarg najpierw uciekał, a potem wrócił? Odpowiedzieć na ostatnie pytanie było stosunkowo łatwo. Wrócił, jak przypuszczano, kiedy ochłonął z paniki i uzmysłowił sobie, że od bazy dzieli go około pięćdziesięciu kilometrów, których nie mógłby przebyć pieszo z posiadanym zapasem tlenu.
Pozostawały zagadką pytania poprzednie. Odpowiedź na nie mogła mieć dla wszystkich ludzi wagę życia lub śmierci. Ale rozważania i hipotezy musiały ustąpić działaniu. Horpach dowiedział się o losie grupy Rohana po północy; w pół godziny potem wystartował.
Przerzucenie krążownika kosmicznego z jednego miejsca na drugie, oddalone zaledwie o dwieście kilometrów, jest zadaniem niewdzięcznym. Statek trzeba prowadzić cały czas zawieszony pionowo na ogniu, ze stosunkowo małą szybkością, co powoduje znaczne zużycie paliwa. Pędnie, nie przystosowane do takiej pracy, wymagały nieustającej interwencji elektrycznych automatów, a i tak stalowy kolos posuwał się w nocy z lekkim chybotaniem, jakby go unosiła powierzchnia łagodnie falującego morza. Byłby to zapewne niezwykły widok dla obserwatora stojącego na powierzchni Regis III - ów słabo widoczny w odblasku wyrzucanych płomieni kształt, sunący przez mroki niczym ognista kolumna.
* * *
Następnego dnia rankiem astrogator wezwał specjalistów, przedstawił im położenie i oznajmił, że liczy na ich pomoc. Znajdowali się w posiadaniu garstki "metalowych insektów", które przyniósł w kieszeni swej kurtki Rohan. Całą prawie dobę poświęcono ich badaniu. Horpach chciał wiedzieć, czy istnieje szansa radykalnego unieszkodliwienia owych tworów. Powróciło też pytanie, co ocaliło Jarga i Ro-hana przed atakiem "chmury"."Jeńcy" zajmowali podczas narady poczesne miejsce, w zamkniętym naczyniu szklanym pośrodku stołu. Było ich zaledwie kilkanaście sztuk, bo reszta uległa zniszczeniu w trakcie badań. Twory te, o dokładnej troistej symetrii, przypominające kształtem literę Y, o trzech ostrokończastych ramionach łączących się w centralnym zgrubieniu, w padającym świetle czarne jak węgiel, w odbitym zaś opalizujące sino i oliwkowo, podobnie jak odwłoki niektórych ziemskich owadów o ściankach utworzonych z bardzo drobnych płaszczyzn, niby rozetkowy szlif brylantu, mieściły w swoim wnętrzu mikroskopijną, a zawsze taką samą konstrukcję. Elementy jej, kilkaset razy drobniejsze od ziarenek piasku, stanowiły rodzaj autonomicznego systemu nerwowego, w którym dało się wyróżnić częściowo od siebie niezależne układy. Część mniejsza, zajmująca wnętrze ramion liter Y, przedstawiała system zawiadujący ruchami "owada", który w mikrokrystalicznej strukturze ramion posiadał coś w rodzaju uniwersalnego akumulatora i zarazem transformatora energii. Zależnie od tego, w jaki sposób mikrokryształki były ściskane, wytwarzały już to pole elektryczne, już to magnetyczne, już to naprzemienne pola siłowe, które mogły nagrzewać do stosunkowo wysokiej temperatury część centralną; wtedy nagromadzone ciepło promieniowało jednokierunkowo na zewnątrz. Wywołany tym ruch powietrza, coś na kształt odrzutu, umożliwiał unoszenie się w dowolnym kierunku. Pojedynczy kryształek nie tyle latał, co polatywał, i nie był, przynajmniej podczas eksperymentów laboratoryjnych, zdolny do precyzyjnego kierowania swoim lotem. Natomiast łącząc się przez zetkniecie końców ramion z innymi, tworzył agregaty o tym większych umiejętnościach aerodynamicznych, im większa była ich liczebność. Każdy kryształek łączył się z trzema innymi; ponadto mógł też połączyć się końcem ramienia z centralną częścią innego, co umożliwiało wielowarstwową budowę tak rosnących zespołów. Połączenie nie musiało wynikać dzięki zetknięciu się, bo wystarczyło zbliżenie końców, aby wytworzone pole magnetyczne utrzymywało cały twór w równowadze. Przy określonej ilości "insektów" agregat zaczynał od "drażnienia" bodźcami zewnętrznymi zmieniać kierunek ruchu, formę, kształt, częstość pulsujących wewnątrz impulsów. Przy pewnej ich zmianie znaki pola odwracały się, i zamiast przyciągać się, metalowe kryształki, rozłączywszy się, przechodziły w stan "rozsypki indywidualnej".
Oprócz systemu zawiadującego takimi ruchami każdy czarny kryształek mieścił w sobie jeszcze drugi układ połączeń, a raczej jego fragment, bo tamten zdawał się stanowić część jakiejś większej całości. Ta nadrzędna całość, powstająca prawdopodobnie dopiero przy zespoleniu ogromnej ilości elementów, była właściwym motorem napędowym działań chmury. Tu jednak kończyły się wiadomości uczonych. Nie orientowali się w możliwościach wzrostu systemów nadrzędnych, a już szczególnie ciemny pozostał problem ich "inteligencji". Kronotos przypuszczał, że tym więcej stworów łączy się w jedną całość, im trudniejszy do rozwiązania napotykają problem. Brzmiało to dość przekonywająco, ale ani cybernetycy, ani informacjoniści nie znali żadnego odpowiednika takiej konstrukcji, to jest "dowolnie rozrastającego się mózgu", który rozmiary swoje przymierza do wielkości zamiarów.
* * *
– Nie mogłem ci tego powiedzieć... - podjął astrogator. – Ani nawet szukać ochotnika. Nie mam prawa. Ale już sam wiesz teraz, że nie możemy tak odlecieć. Tylko jeden samotny człowiek może tam wejść... i wyjść. Bez hełmu, maszyn, bez broni.
Rohan zaledwie go słyszał.
– Przedstawię ci teraz mój plan. Zastanowisz się nad nim. Będziesz go mógł odrzucić, bo wszystko to wciąż jeszcze pozostaje między nami dwoma. Wyobrażam sobie to tak: Aparat tlenowy z silikonu. Żadnych metali. Poślę tam dwa łaziki, bezludne. Ściągną na siebie chmurę, która je zniszczy. W tym samym czasie pojedzie trzeci łazik. Z człowiekiem. To jest właściwie największe ryzyko: bo trzeba podjechać możliwie blisko, aby nie tracić czasu na marsz przez pustynię. Zapas tlenu wystarczy na osiemnaście godzin. Mam tu fotogramy całego wąwozu i okolicy. Uważam, że nie należy iść drogą dotychczasowych wypraw, ale dojechać możliwie blisko do północnej krawędzi płaskowyżu i stamtąd zejść pieszo po skałach na dół. Do górnej części wąwozu. Jeśli w ogóle gdzieś są, to tylko tam. Tam mogli ocaleć. Teren jest ciężki, dużo jaskiń i rozpadlin. Gdybyś znalazł wszystkich, albo tylko któregoś z nich...
– Właśnie. Jak ich zabrać? - spytał Rohan, czując ukłucie przekornej satysfakcji.
W tym miejscu plan rozchwiewał się. Jak lekko poświęcał go Horpach...
– Będziesz miał odpowiedni środek, lekko oszałamiający. Jest coś takiego. Oczywiście potrzebny będzie tylko wtedy, jeśli odnaleziony nie zechce iść dobrowolnie. Na szczęście oni mogą w tym stanie chodzić. Na szczęście... - pomyślał Rohan.
Zaciskał pięści pod stołem, uważając, aby Horpach tego nie dostrzegł. Nie bał się wcale. Jeszcze nie. Wszystko razem było nazbyt nierzeczywiste...
– W wypadku, gdyby chmura... zainteresowała się tobą, musisz się nieruchomo położyć na ziemi. Myślałem o jakimś preparacie na taki wypadek, ale działałby ze zbytnim opóźnieniem. Pozostaje tylko ta osłona głowy, ten symulator prądowy, o którym mówił Sax...
– Czy coś takiego już jest...? – spytał Rohan.
Horpach zrozumiał ukryty sens tego pytania. Ale zachował spokój.
– Nie. Ale można to zrobić w ciągu godziny. Siateczka, ukryta we włosach. Aparacik, generujący rytmy prądowe, będzie wszyty w kołnierz kombinezonu. Teraz... dam ci godzinę czasu. Dałbym ci więcej, ale z każdą następną godziną szansę uratowania ich maleją. I tak są już znikome. Kiedy poweźmiesz decyzję?
– Już ją powziąłem.
– Głupiś. Czy nie słyszysz, co do ciebie mówię? Tamto było tylko, abyś pojął, że nie wolno nam jeszcze startować...
– Przecież pan wie, że ja i tak pójdę...
– Nie pójdziesz, jeżeli ci nie pozwolę. Nie zapominaj, że wciąż jeszcze ja jestem tu dowódcą. Jest przed nami problem, wobec którego nie liczą się niczyje ambicje.
– Rozumiem – powiedział Rohan – pan nie chce, abym się czuł zmuszony..? Dobrze. Wobec tego... ale to, co mówimy, wciąż jest jeszcze objęte tym słowem?
– Tak.
– Wobec tego chcę wiedzieć, co pan zrobiłby na moim miejscu. Zmienimy się... odwrotnie aniżeli przed chwilą...
Horpach milczał chwilę.
- A gdybym ci powiedział, że nie poszedłbym?
– To i ja nie pójdę. Ale wiem, że pan powie prawdę...
– To nie pójdziesz? Słowo? Nie, nie... Wiem, że to niepotrzebne...
Astrogator wstał. Wstał wtedy i Rohan.
– Pan mi nie odpowiedział.
Astrogator patrzał na niego. Był wyższy, cały większy i szerszy w ramionach. Jego oczy przybrały ten sam znużony wygląd co na początku rozmowy.
– Możesz iść -- powiedział.
* * *
Tknięty nową myślą, pospiesznie ruszył teraz śladem krwi, szukając jego początku. Prowadził niemal prostą linią w dół doliny, jakby zmierzając do atomowego pobojowiska. Ale już kilkaset kroków dalej skręcił nagle w bok. Geolog stracił ogromną ilość krwi i tym bardziej było zdumiewające, że mógł mimo to zajść tak daleko. Głazy, których od katastrofy nie tknęła ani kropla deszczu, były obficie zbroczone. Rohan wspiął się po chwiejnie leżących wielkich bryłach i znalazł się w obszernym, nieckowatym zaklęśnięciu pod nagim żebrem skalnym. Pierwszą rzeczą, jaką zobaczył, była nadnaturalnej wielkości podeszwa metalowej stopy robota. Spoczywał bokiem, prawie przepołowiony serią, wystrzeloną najwidoczniej z weyra. Nieco dalej, oparty o głaz, wpółsiedział, złożony niemal we dwoje, człowiek w hełmie, którego wypukłość czarna była od kopciu. Był martwy. Miotacz zwisał jeszcze z jego rozluźnionej dłoni, dotykając błyszczącą lufą gruntu. Rohan nie śmiał zrazu dotknąć siedzącego, a tylko usiłował, przyklęknąwszy, zajrzeć w jego twarz, ale była tak samo zniekształcona rozkładem jak u Bennigsena. Wtem rozpoznał szeroką i płaską torbę geologiczną, przewieszoną przez zmalałe jakby barki siedzącego. Był nim sam Regnar, dowódca ekspedycji zaatakowanej w kraterze. Pomiary radioaktywności wskazywały, że arktan został strzaskany wyładowaniem weyra: indykator rejestrował charakterystyczną obecność izotopów ziem rzadkich. Rohan chciał znowu wziąć znak rozpoznawczy geologa, ale tym razem już się na to nie zdobył. Odpiął tylko torbę, bo nie musiał dotykać wtedy jego ciała. Ale była wypełniona samymi odłamkami minerałów. Po krótkim namyśle odłamał więc jedynie nożem monogram geologa, przytwierdzony do skóry, schował go i raz jeszcze patrząc z wysokości głazu na nieruchomą scenę, usiłował pojąć, co się tu właściwie stało. Wyglądało na to, że Regnar strzelał do robota, ale czy ów zaatakował jego albo Bennigsena? Czy zresztą człowiek porażony amnezją mógłby się bronić przed jakimkolwiek atakiem? Widział, że nie rozstrzygnie zagadki, a miał jeszcze w perspektywie dalsze poszukiwania.
* * *
Rohan stał zamyślony na płaskim fragmencie pustyni. Z jednej strony rozciągała się dolina, z której wyszedł. Była pokryta krętymi korytarzami wąwozów. Przechodziła ona w żelazistą pustynię, która w dalszej perspektywie zmieniała się w niewielkie pagórki. Tam jeszcze nie było organizowanych żadnych ekspedycji poszukiwawczych. Jakaś niewytłumaczalna idea podpowiadała mu, że powinien tan się wybrać. Tylko w jakim celu. Żadna wyprawa z „Niezwyciężonego” nie zapuszczała się w tamte rejony. Stojąc i rozważając ewentualne powody, czy powinien tam się wybrać przyglądał się wzniesieniom. Na tle zachodzącego słońca wyglądały jak człowiek, który usiadł i oparł się o duży kamień by odpocząć. Popatrzył na swój zegarek. Według harmonogramu miał kilka godzin czasu, więc może warto by było wybrać się na wycieczkę krajoznawczą. Już się zdarzało, że pod wpływem chwili robił wypady w okolicę. W przypadku tej planety to miał już pewność, że nigdy tu nie wróci. To bardzo toksyczne środowisko. Toksyczne dla niego, bo dla „tutejszych” wcale tak nie musi być. Nie należy przykładać własnych przekonań i zasad do oceniania innych światów. „Metalowe insekty” czy jakkolwiek inaczej ich nazwać tworzą własną społeczność. Trochę to brzmi sprzecznie z zasadami jakimi się sam posługiwał. Czy metalowe latające robociki można nazwać życiem? Może należy zmodyfikować encyklopedyczną definicję tego pojęcia i rozszerzyć jego znaczenie. W końcu te insekty tworzą społeczność, reagują za zdarzenia i niejako podejmują jakieś swoje decyzje. Czy to oznacza, że przejawiają oznaki inteligencji? Czy życie opiera się jedynie na białku?
W końcu się zdecydował i spokojnym krokiem ruszył w wybranym kierunku. Swoisty spacer zajął mu prawie godzinę. Przez ten czas nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego, to znaczy nie zauważył by „gromadziły się złowrogie czarne chmury”. Stał u podnóża pagórków, gdy kątem oka dostrzegł jakiś błysk światła. Odruchowo spojrzał w tamtą stronę. Światło zniknęło. Zaintrygowany skierował kroki w tamtą stronę. Od całkiem sporego głazu dzieliło go kilka metrów. Gdy był już całkiem blisko, jakaś postać przemknęła w stronę większej góry. No wreszcie znalazł się ktoś ocalały z załogi. Nie wszystkich własnych ludzi dało się odszukać. W jakimś stopniu był zadowolony, że wycieczka nie okazała się daremna. Zrobił kilka kroków i wszedł w strefę cienia. Do tej pory patrzył niejako pod słońce. Teraz widział wyraźniej i … stanął jak zamurowany. To nie był nikt z naszych, nikt nie nosił kombinezonów w jasnofioletowym kolorze.
Ten ktoś stał na lekko ugiętych nogach mając za plecami skałę. W rękach trzymał jakiś drąg czy rurę jako narzędzie obrony i nerwowo rozglądał się wokół. To odblask z wypolerowanej powierzchni był tym refleksem światła. Ten koś może sprawdzał szanse na wygraną, gdyby doszło do potyczki. Dla Rohana gest był jednoznaczny. Chwilę stał przyglądając się temu drugiemu i zastanawiał się co może zrobić. On był niejako w pełnym rynsztunku, miał na sobie srebrzysto-biały kombinezon i hełm. Ten drugi miał jedynie jasnofioletowy kombinezon i był bez hełmu. No tak, po wylądowaniu „Niezyciężonego” zbadali skład chemiczny atmosfery. Była dosyć zbliżona do ziemskiej. Główna różnica dotyczyła tlenu. Tu było 16% tlenu. Na upartego można by tym oddychać, jednak dowódca na początku określił stan zagrożenia na wysoki, toteż cała ekipa używała mieszanek do oddychania z butli. Podniósł ręce, by pokazać, że nie ma żadnej broni.
– Jestem Rohan, zastępca dowódcy statku „Niezwyciężony, który przybył tu z misją ratunkową dla „Kondora” – przedstawił się wymawiając każde słowo wyraźnie i powoli, bez pośpiechu. Jednocześnie obserwował reakcję nieznajomego.
Nastała chwila ciszy z nieprzyjemnym napięciem emocjonalnym.
– Nie wierzę ci – w końcu odezwał się nieznajomy.
No to już nieźle, jest jakiś postęp. Widocznie musi podać więcej informacji by uwiarygodnić wszystko.
– „Kondor” i „Niezwyciężony” to dwa bliźniacze statki. Misja „Kondora” dotyczyła badań i eksploracji planety. Ponieważ straciliśmy łączność z „Kondorem” została podjęta akcja, której celem jest wyjaśnienie zaistniałych zdarzeń.
– Jak nazywał się dowódca „Kondora” – zapytał nieznajomy. Barwa tonu głosu była inna, jakby kobieca.
– Roger Douglas. – odparł, nie pamiętał całej listy załogi, ale to akurat było mu znane.
Nieznajomy opuścił swoje narzędzie obrony. Znów chwilę trwała niezręczna cisza. Rohan przyglądał się nieznajomemu.
– Jestem Nikola – odparł nieznajomy.
Rohan w pamięci przebiegł listę załogi „Kondora”. Trudno by pamiętał dokładnie wszystkich, w końcu to kilkaset osób. Nikola, znaczy kobieta, tych było nie aż tak wiele.
– Starszy specjalista od systemów komunikacji na „Kondor” – przypomniał sobie.
– Zgada się – odpowiedziała Nikola.
Trudno opisać to co się działo dalej. Nikola to aktualnie była mieszanka łez, radości, niedowierzania, szczęścia i smutku. Normalnie cała gama emocji. Rohan pozwolił „wyszumieć” się Nikoli. Gdy emocje już trochę opadły, zdał relację z dotychczasowych efektów. Niestety Nikola jest pierwszą ocalałą z załogi „Kondora”.
– Jedno mnie interesuje, jak przetrwałaś? – zapytał w końcu Rohan.
– W sumie to niespotykany zbieg okoliczności, tak jakby ktoś czuwał nade mną. Wystąpiły kłopoty z łącznością z jedną z ekip, która pojechała robić badania geologiczne. Postanowiłam wybrać się i samej sprawdzić wszystko na miejscu. W połowie drogi padło moje osobiste radio. Pomyślałam sobie, że warto sprawdzić co się stało. Autopilot łazika wiedział dokąd zmierzam, więc rozebrałam się. Wiesz, wszystko jest niejako wszyte w kombinezon a w łaziku byłam sama. Łazik szczelnie zamknięty, atmosfera właściwa, więc nie ma przeciwwskazań. Chwilę później rozpętało się piekło. Przyrządy wariowały, łazik sam jechał gdzie chciał. Najechał na jakiś kamień i się wywrócił. Nabiłam sobie trochę siniaków. Drzwi się otworzyły i wypadłam. Tu jest taki żelazisty piasek i wypadając trochę się zagrzebałam w tym piasku. Łazik stoczył się w dół, to nawet niedaleko stąd. No i pojawiła się ta chmura, te wstrętne żelazne robaki bezdomne.
– Dlaczego bezdomne? – zainteresował się Rohan, przy okazji chciał ocieplić atmosferę. Nikola nadal utrzymywała pewien dystans.
– Nie zauważyłam, by budowali domy jak normalne cywilizowane istoty. Zachowują się jak roboty. No ale... – przez Nikolę przeszedł taki dreszcz obrzydzenia wywołany wspomnieniem – leżałam na ziemi w tym cholernym piasku, gdy te robale mnie dotykały. Ale potwornie się bałam. Chciałam wymyślić coś, jak tu się bronić przed tym czymś, a tu nic. Tak jakby w głowie ktoś mi zgasił światło. Pustka. Tak się bałam, że przestałam myśleć, taki stan bezmuzgiego trwania: co będzie dalej. No i te robale tak pomacały mnie i odleciały. Wiedzieliśmy, że powietrzem atmosferycznym można oddychać. Wstałam, otrzepałam się z tego piasku i tak prawie goła, bo miałam na sobie jedynie majtki i sportowy stanik. Było trochę zimno, wyciągnęłam z łazika swój kombinezon. Hełm miał potłuczoną szybkę. I tak jedynie w kombinezonie pieszo ruszyłam do statku. Nie była to jakaś kosmiczna odległość. Zajęło mi to kilka godzin. Jak wróciłam na statku nie było nikogo żywego. „Kondor” wyglądał jak zepsuty wrak. Nic w nim nie działało. Zmarłych zagrzebałam w tym cholernym piasku. Przez jakiś czas czekałam na kogokolwiek. Straciłam rachubę. W końcu do mnie zaczęła dochodzić smutna rzeczywistość. Zostałam sama w tym zasranym świecie i mogłam liczyć jedynie na siebie.
– No ale jak przetrwałaś tak długo?
– Na statku były duże zapasy żywności. W końcu kilkaset osób musi coś jeść. Zorganizowałam prowizoryczny transport, taki wózek napędzany siłą moich mięśni. Mam silne ręce. Urządziłam kilka domów.
– Nie rozumiem, jakich domów?
– Tak je nazwałam, bo trudno to porównać do domu. W jaskiniach stworzyłam elementarne warunki bytowe, zapasy wody i prowiantu. Nazywam je domami, mam ich kilka. W każdym mieszkam najwyżej kilka dni i przenoszę się, by te robale mnie nie namierzyły.
– A próbowały?
– Tak, próbowały. Jednak przemyślałam sobie pierwsze spotkanie z robalami to wyciągnęłam jakieś wnioski. Po prostu uczę się na własnych błędach. Wpadłam na koncepcję, że te robale skanują pole elektromagnetyczne a jak człowiek myśli to również takie wytwarza. W młodości uprawiałam trochę yogę i nauczyłam się wyciszać umysł. Każda wiedza okazuje się przydatna. Spróbowałam, zadziałało. Przestałam się bać tych robali ale nadaj wzbudzają we mnie obrzydzenie. Po pierwszym spotkaniu był przez jakiś czas spokój. Zajęłam się czymś, co można nazwać krawiectwo. Z rzeczy znalezionych na statku uszyłam sobie kilka ubrań, które nie mają żadnej elektroniki i żadnych elementów metalowych. Nauczyłam się być niewidzialna dla robali. Potem zaczęłam kombinować nad jakąś aparaturą, by wezwać pomoc, ale bez prądu nic nie działa. I tak płynęły dni z huśtawką nastojów. Raz chcę się zabić i skrócić cierpienia, bo nie ma nadziei. Innym razem mam taką chęć by jednak się nie dać. Niedawno widziałam ogromny błysk, więc przeniosłam się do nowego „mieszkania” by być bliżej. Przyszło mi do głowy, że może to akcja ratunkowa, która poniosła identyczną porażkę jak my.
– No nie powiem, byśmy byli bez strat. Jednak widzę, że doszliśmy do podobnych wniosków jak stać się niewidzialnym dla chmury. No to zapraszam do prawdziwego domu. Ja również nie mam radia i nie mogę powiadomić reszty o niezwykłym odkryciu. Chyba łatwiej w totka wygrać niż przeżyć w tych warunkach. To co, wracamy?
– Nie teraz, nie teraz. – Nikola się zamyśliła i popatrzyła w niebo. – Te robale przez jakiś czas będą przeszukiwać okolicę. Możemy poruszać się tylko nocą. Wtedy one nie latają. Odnosząc się do tego słońca – Nikola wskazała na zachodzące coś, co pełni funkcję słońca – to najbezpieczniej jest około godziny 5 rano.
– Gdzie stoi „Niezwyciężony”? – zapytała Nikola.
– Tam – Rohan wskazał ręką kierunek.
– Super, w nocy ruszymy. Na trasie mam tam dom, przeczekamy dzień. One są w jaskiniach, więc w jakimś stopniu są zaekranowane. Posilimy się, zabiorę swoje notatki i ruszymy.
– Jakie notatki?
– A zapisywałam swoje przemyślenia dotyczące robali.
Nikola weszła do niewielkiej jaskini. Jej wlot był tak zorientowany, że światło zachodzącego słońca oświetlało jej wnętrze. Nikola zaczęła grzebać w stercie rupieci obok prowizorycznego posłania. Wyglądał jak materac wyrwany ze statku. W sumie nie ma się czemu dziwić, Nikola nie miała zbyt dużych możliwości.
– Pomóc ci w czymś? – zapytał Rohan.
– Nie sama muszę to zrobić. Te zapisane informacje mogą okazać się bezcenne. Nikt przecież nie ma większej wiedzy na temat robali niż ja.
Rzeczywiście, to może okazać się ważną wiedzą dla przyszłych ekspedycji, jeżeli takie kiedykolwiek zaistnieją. Prawdę mówiąc, to Rohan nie miał ochoty już nigdy tu wracać. Nikola zapewne również. Jej i jego prawdziwy dom był daleko. Okolice Słońca są wystarczająco daleko od gwiazd tworzących konstelację Liry.
– Wiesz, wystarczy poprosić a ja niczym kawaleria pospieszę ci z pomocą – drobnym żarcikiem Rohan chciał zakończyć romowę.
– Wiem – Nikola wyszła z jaskini mając w rękach coś, co przypominało torbę, z której wystawało trochę zapisanych plastykowych kartek – w końcu przemierzyłeś kawał świata by tu dotrzeć.
– To prawda.
Re: [Historia] Raczej historyjka.
: wtorek 23 cze 2020, 01:34
autor: gaweł
Bajki robotów - wersje alternatywne
JAK MIKROMIŁ I GIGACYAN
UCIECZKĘ MGŁAWIC WSZCZĘLI
Astronomowie uczą, że wszystko, co jest – mgławice, galaktyki, gwiazdy – ucieka od siebie na wsze strony i wskutek tego nieustannego pierzchania Wszechświat rozszerza się już od miliardów lat.
Wielu zdumiewa bardzo taka wszechucieczka, obracając ją zaś w myśli wstecz, dochodzą do mniemania, że bardzo, ale to bardzo dawno temu cały Kosmos skupiony był w jednym punkcie, jako gwiezdna kropla, i za niepojętą przyczyną doszło do jej wybuchu, który trwa po dziś.
A kiedy tak rozumują, ogarnia ich ciekawość, co też mogło być przedtem, ii nie umieją rozwiązać tej zagadki. A było tak.
Za poprzedniego Wszechświata żyło w nim dwóch konstruktorów, mistrzów niezrównanych w fachu kosmogonicznym, że nie było rzeczy, jakiej by nie potrafili złożyć. Aby jednak cokolwiek zbudować, pierwej trzeba mieć plan tej rzeczy, a plan należy wymyślić, bo skądże go wziąć? Tak więc obaj ci konstruktorzy, Mikromił i Gigacyan, nad tym wciąż deliberowali, w jaki to sposób można by się dowiedzieć, co jeszcze jest możliwe do skonstruowania, oprócz tych dziwów, które im przychodzą do głowy.
– Sporządzić mogę wszystko, co mi przyjdzie do głowy – mówił Mikromił – ale znów nie wszystko do niej przychodzi. To ogranicza mnie, jak i ciebie – nie potrafimy bowiem pomyśleć wszystkiego, co jest do pomyślenia, i może być tak, że właśnie jakaś inna rzecz, nie ta, którą pomyśleliśmy i którą robimy, godniejsza byłaby urzeczywistnienia! Cóż ty na to?
– Masz słuszność, nie zbadane są ścieżki jakimi chadzają bity, – odrzekł Gigacyan – ale jaką widzisz na to radę?
– Cokolwiek czynimy, z materii czynimy – odparł Mikromił – i w niej założone są wszystkie możliwości; jeśli zamyślimy dom, wybudujemy dom, jeżeli kryształowy pałac – to pałac stworzymy, jeśli gwiazdę myślącą, umysł ognisty zamierzymy – i to potrafimy skonstruować. Wszelako więcej jest możliwości w materii niż w naszych głowach; należałoby tedy wprawić materii usta, aby nam sama powiedziała, co jeszcze takiego da się stworzyć z niej, co by nam i na myśl nie przyszło!
– Usta są potrzebne – zgodził się Gigacyan – ale nie wystarczą, albowiem to wyrażą, co umysł w sobie zlęgnie. Tak więc nie tylko usta trzeba materii wprawić, ale i do myślenia ją wdrożyć, a wtedy na pewno już wszystkie swe tajemnice nam wyjawi!
– Dobrze mówisz – odparł Mikromił. – Dzieło warte jest zachodu. Rozumiem je tak: ponieważ wszystko, co jest, jest energią, z niej to wszystko powstaje. Ale wprzódy trza myślenie zbudować, zaczynając od najmniejszego, więc od kwantu. Także należy myślenie kwantowe w klateczce zamknąć, z atomów zbudowanej, jak najmniejszej. Kiedy będę mógł sto milionów geniuszów do kieszeni wsypać, kiedy się w niej lekko zmieszczą – cel zostanie osiągnięty: rozmnożą się owi geniusze i wtedy byle garść myślącego piasku powie ci, niczym rada z niezliczonych złożona osób, co i jak czynić!
– Głupiś, nie tak! – Gigacyan na to. – Odwrotnie należy postąpić, ponieważ wszystko, co jest, jest masą. Ze wszystkiej masy Wszechświata trzeba zatem jeden mózg zbudować, nadzwyczajnej całkiem wielkości, myślenia pełen; kiedy będę go pytał, wszystkie sekrety wszechstwórczości mi wyjawi – on jeden. Twój proszek genialny to dziwoląg nieskuteczny, bo jeśli każde ziarnko myślące co innego będzie mówiło, wyprowadzi cię w pole.
Od słowa do słowa, srodze się obaj konstruktorzy zwaśnili i nie było już ani mowy o tym, aby wspólnie mogli się podjąć zadania. Rozeszli się tedy, drwiąc jeden z drugiego, i każdy wziął się do rzeczy po swojemu. Mikromił jął więc kwanty łowić, w klateczkach atomowych ich zamykał, a że najciaśniej im było w kryształach, wdrażał tedy do myślenia diamenty, chalcedony, rubiny – już to z rubinami najlepiej mu poszło, tyle w nich roztropnej energii uwięził, że aż błyskało. Miał też sporo innego samomyślącego drobiazu mineralnego, jak to szmaragdów, błękitnie roztropnych, i topazów, bystrych żółtością, a jednak czerwone rubinów myślenie najbardziej mu się widziało. Gdy tak w chórze piskliwych malątek trudził się Mikromił, Gigacyan tymczasem olbrzymom poświęcał swój czas; staczał tedy ku sobie wysiłkiem największym słońca i całe galaktyki, roztapiał je, mieszał, spajał, łączył i, ręce do łokci urobiwszy, kosmoluda stworzył, ogromem tak wszechogarniającego, że za nim już nic prawie nie zostało, jeno szparka, a w niej Mikromił z jego klejnotami.
Gdy obaj dzieło zakończyli, już nie o to im szło, który się od stworzonego przez się więcej dowie tajemnic, a tylko o to, który miał z nich słuszność i lepiej wybrał. Wyzwali się więc na turniej współzawodnictwa. Gigacyan czekał Mikromiła u boku swojego kosmoluda, który na wieki wieków świetlnych się rozciągał wzdłuż, wzwyż i wszerz, korpus miał z ciemnych chmur gwiazdowych, oddychanie z mrowisk słonecznych, nogi i ręce z galaktyk, grawitacją sczepionych, głowę ze stu trylionów globów żelaznych, a na niej czapkę kosmatą, pałającą, z sierści słonecznej. Kiedy nastrajał Gigacyan swego kosmoluda, latał od ucha jego do ust, a każda taka podróż sześć miesięcy trwała. Mikromił zaś przybył na pole boju samojeden, z pustymi rękami; miał w kieszonce malutki rubin, którego chciał przeciwstawić kolosowi. Roześmiał się na ów widok Gigacyan.
– I cóż powie ta kruszyna? – spytał. – Czymże może być jej wiedza wobec tej otchłani myślenia galaktycznego, rozumowania mgławicowego, w której słońca słońcom myśl przekazują, grawitacja je potężna wzmacnia, gwiazdy wybuchające przydają blasku konceptom, a ciemność międzyplanetarna zogromnia namysł?
– Zamiast chwalić swoje i chełpić się, lepiej przystąp do rzeczy – Mikromił na to. – Albo wiesz co? Po cóż my mamy te twory nasze pytać? Niech one same z sobą powiodą dyskurs współzawodnictwa! Niech się mój geniusz mikroskopijny potyka z twoim gwiazdoludem w szrankach tego turnieju, w którym mądrość jest tarczą, mieczem zaś myśl roztropna!
– Niechaj i tak będzie – zgodził się Gigacyan. Odstąpili tedy dzieł swoich, aby same zostały na placu. Pokrążył, pokrążył w ciemnościach rubin czerwony nad oceanami próżni, w których góry gwiazd pływały, nad cielskiem rozświetlonym, niezmierzonym, i zapiszczał:
– Hej, ty, nazbyt wielki, niezguło ogniowa, nadmierny byle jaku, potraf iszże ty w ogóle cokolwiek pomyśleć?!
Już po roku doszły owe słowa do mózgu kolosa, w którym się firmamenty jęły obracać, harmonią kunsztowną spojone, zadziwił się tedy zuchwałym słowom i chciał zobaczyć, kto też to śmie tak się doń odzywać.
Jął więc głowę obracać w tę stronę, z której mu zadano pytanie, nim ją wszelako odwrócił, dwa lata minęły. Spojrzał oczami-galaktykami jasnymi w mrok i nic w nim nie zobaczył, bo rubinu dawno już tam nie było i tylko zza jego grzbietu popiskiwał:
– Ależ ciamajda z ciebie, mój ty gwiezdnochmury, słońcowłosy, ależ z ciebie leniwiec-przeraźliwiec! Zamiast łbem kręcić, słońcami kudłatym, powiedz lepiej, czy zdołasz dwa do dwóch dodać, zanim ci połowa olbrzymów błękitnych wypali się w mózgownicy i od starości zagaśnie!
Zgniewały te bezwstydne prześmiewki kosmoluda, jął więc, jak tylko mógł najszybciej, obracać się, bo zza grzbietu doń mówiono; i obracał się coraz bardziej rączo, i wirowały wokół osi ciała jego drogi mleczne i zawijały się z rozpędu ramiona, dotąd proste, galaktyk – w spirale, i zakręcały chmury gwiazdowe, przez co kulistymi się stawały gromadami, i wszystkie słońca, globy i planety od tego pośpiechu rozkręciły się w nim jak bąki podcięte; ale zanim na przeciwnika ślepiami zaświecił, tamten już sobie z niego z boku podrwiwał.
Mknął kryształek-śmiałek coraz prędzej i prędzej, a kosmolud też jął krążyć i krążyć, ale nie mógł w żaden sposób nadążyć, choć obracał się już jak fryga, aż takich nabrał obrotów, z taką straszną począł wirować szybkością, że rozluźniły się pęta grawitacji, puściły napięte do ostateczności szwy ciążenia, przez Gigacyana nałożone, trzasły ściegi atrakcji elektrycznej i, jak rozbiegana centryfuga, pękł naraz i na wszystkie strony świata rozleciał się kosmolud, galaktykami-żagwiami spiralnymi kołując, drogami mlecznymi siejąc, i tą siłą odśrodkową rozbryźnięta rozpoczęła się ucieczka mgławic. Mikromił powiadał potem, że to on zwyciężył, bo się kosmolud Gigacyanowy rozleciał, zanim zdążył „be” lub „me” powiedzieć; Gigacyan wszakże na to, że celem rywalizacji było nie siłę spajającą zmierzyć, lecz rozum, to jest, który z ich tworów mądrzejszy, a nie – który się lepiej kupy trzyma.
Od tego czasu spór ich jeszcze się wzmógł. Mikromił rubinu swego szuka, który gdzieś w katastrofie się zawieruszył, ale znaleźć go nie może, bo kędy spojrzy, czerwone widzi światło i zaraz tam bieży, ale to tylko światło mgławic, pierzchających ze starości, czerwienieje, więc wciąż od nowa szuka, i wciąż na próżno. Gigacyan zaś stara się grawitacjami-powrozami, promieniami-nitkami dzwona rozpękłego kosmoluda swojego zeszyć, jako igieł używając najtwardszego promieniowania. Ale co zeszyje, to mu zaraz pęka, taka jest bowiem moc straszna raz wszczętej ucieczki mgławic; i ani jeden, ani drugi nie zdołał się od materii jej tajemnic wywiedzieć, chociaż i rozumu ją nauczyli, i usta byli jej wprawili, ale zanim do rozstrzygającej doszło rozmowy, stała się ta bieda, którą nierozumni przez swą niewiedzę stworzeniem świata nazywają.
W końcu zmęczeni spotkali się na skraju galaktyki, jakaś refleksja okrutna ich naszła.
– Aleś ty głupi – rzekł Gigacyan.
Już mu Mikromił chciał kuksańca wypłacić, ale Gigacyan mówił dalej.
– … jako i ja głupi – kontynuował.
– Zaiste, – refleksja naszła Mikromiła – a jakie to ma znaczenie? Z tego tylko twój świat się rozlazł, a ja swego znaleźć nie mogę. Oba my stratne.
– Ano tak mi się widzi. – rzekł Gigacyan – czas wszystko naprawić i do starego wrócić.
I tak naprawiają wszystko. Zepsuć łatwo, naprawić trudniej. No ale wszystko co da się zepsuć, takoż naprawić się daje. Trochę to mozolnie im idzie, bo wystarczy wyjść nocą i w czyste niebo popatrzeć, ile jest jeszcze gwiazd rozrzuconych we wszystkie strony.